Robi się coraz ciekawiej… Hoi An i Hue w Wietnamie!

Panie Śp. Kazimierzu Kwiatkowski – dziękujemy! Dziękujemy za Hoi An! Za Pana upór w przekonaniu mieszkańców tego jakże uroczego miasteczka by nie wyburzać starego miasta bez którego nie byłoby jednym z dwóch najpiękniejszych miejsc, które do tej pory widzieliśmy w Wietnamie! Dzięki!

DSC01848

Do Hoi An przyjechaliśmy z Mui Ne. Najpierw z Mui Ne taxi po cenie ustalonej dzień wcześniej (czas, miejsce i cena zostały ustalone na migi :)) 40min do Phan Thiet by stamtąd złapać pociąg do Da Nang. Jechaliśmy więc Reunification Line (łączącą północ z południem) aż 15h i pozwoliło nam to stwierdzić, że pociąg jest dużo lepszy od sleeping bus’u. Ale aby opisać te środki transportu chyba napiszemy oddzielnego posta 🙂

Z Da Nang łapiemy miejski autobus do Hoi An, na przystanek którego drogę wskazuję nam Wietnamczyk, który w 1987r był w Warszawie więc pozdrawia nas słowami ‚Dzień dobry’ 🙂 i ponownie i my i nasze plecaki przykuwają uwagę wszystkich wsiadających. Jakiś stary, chyba lekko zawiany Pan Wietnamczyk szczególnie chce z nami nawiązać kontakt ale jednak bariera językowa jest nie do pokonania. Turlaliśmy się tak więc w stronę tego miasteczka po raz kolejny obserwując wioski wietnamskie i myśląc co nas czeka tym razem.

Po wygranej walce w natarciu z kierowcami motorbike’ów, którzy oferują podwózkę za jakieś chore pieniądze kierujemy się na piechtę do hostelu i zdziwieni dostajemy pokój z trzema wielkimi łóżkami i balkonem (supcio!). Powoli wszystkie pokoje zlewają nam się i myślę, że z czasem będziemy pamiętać tylko te najbardziej wyjątkowe. W Hoi An spędziliśmy 5 dni i myślę sobie, że śmiało moglibyśmy spędzić tam kolejne 5 bo to naprawdę urocza miejscowość z przepięknym starym miastem, która kiedyś była bardzo prężnym portem. Każda uliczka i każda na niej kamieniczka warta jest dokładnego przyjrzenia się. Wszystkie lekko nadgryzione zębem czasu z klimatem architektury Wietnamskiej, Chińskiej i Japońskiej.

DSC01884

DSC01775

DSC01736

Ale szczególnego wyrazu nadają Hoi An lampiony. Bez nich to miasto nie byłoby takie same. Każda z restauracji, punktów usługowych czy sklepów z ubraniami ma swoje lampiony, które odpalane są po zmroku i nadają miasteczku ten niepowtarzalny charakter. Od 18 jest już praktycznie ciemno i mogliśmy tak godzinami chodzić, praktycznie co wieczór, podziwiając różne kolory papierowych i materiałowych lampionów.

DSC02095

Ale miasto Hoi An oprócz lampionów słynie również z krawiectwa. To tu można uszyć sobie wszystko o czym zamarzysz idealnie do Ciebie dopasowane i to nawet w jeden dzień za naprawdę małe pieniądze. Ponieważ nasze plecaki mają (nie)stety ograniczoną przepustowość musieliśmy sobie odpuścić tym razem takie zakupy choć kusiło bardzo! Część sklepów jest naprawdę prestiżowych i reprezentują wysoką klasę usług i materiałów.

Samych atrakcji turystycznych wokół jest dużo więc każdy znajdzie coś dla siebie. My postawiliśmy na My Son – kompleks świątyń hinduistycznych umiejscowionych w lesie. I mimo, że to nie Ankgor Wat z Kambodży to naprawdę zapiera dech w piersiach. Mamy to szczęście, że sezon jeszcze się na dobre tu nie zaczął więc mogliśmy się wczuć w klimat bez szczególnych tłumów. Szczególne wrażenie wywiera fakt, że świątynie zostały po części zburzone przez wojnę amerykańsko-wietnamską i wciąż widać nieruszone od wtedy gruzy. Chodziliśmy wyjątkowo dumni wiedząc, że wielki wkład w odrestaurowanie tych świątyń miał polak – Kazik Kwiatkowski, ten sam, który umożliwił Hoi An dzisiejszy wygląd.

DSC01971

Odwiedziliśmy też miejscowe świątynie, które wypełnione zapachem kadzideł a puste od turystów przed południem po raz kolejny uświadomiły nam jak bardzo różnimy się pod względem wierzeń i dawanych dla Bogów ofiar. Jeden dzień poświęciliśmy też na ‚pottery village’, gdzie miałam okazję sama wyrabiać w glinie i w sekundę poczuć się jak Demi Moore z „Ducha” 😉 oh tu naprawdę po raz pierwszy żałowałam, że nie zabierzemy ze sobą żadnej pamiątki. I nie mówię tu o jakże wspaniałym owocu mej pracy ale o naprawdę pięknych zestawach do zup w piękne wzory, które tak idealnie pasowałyby do naszej kuchni i mogły by każdego dnia przypominać nam o tych pięknych dniach w Hoi An. Nic to. Zdjęcia i wspomnienia będą ‚musiały’ wystarczyć, bo naprawdę za każdym razem kiedy nakładamy plecaki i mamy przejść z nimi choćby 3km to dziękujemy sami sobie za rozsądek, który towarzyszył nam przy pakowaniu (każdy z nas ma tylko 9kg do dźwigania).

Wynajęliśmy sobie skuter w Hoi An po raz kolejny podczas tej podróży i przyznam, że to naprawdę świetny sposób by zwiedzać okolice. Objeździliśmy okoliczne wioski, popodziwialiśmy pola ryżowe i stare cmentarzyska na wzgórzach, czasami porozstawiane w zupełnie chaotyczny sposób albo w najmniej oczekiwanych miejscach, ale za każdym razem równie piękne!

DSC02026

Hoi An to też miejscowość, w której popróbowaliśmy naprawdę smacznych dań! Małe pierożki z farszem z krewetek (white roses) , na które oryginalny przepis (i oryginalną cenę ;)) ma tylko jedna rodzina w Wietnamie były dla nas totalnym hitem! Lekkie, delikatne w smaku, po prostu palce lizać! Ale też Cau Lao – noodle z wołowiną i warzywami. Ale noodle używane do tego dania, są wyjątkowe, bo woda używana do ich przygotowania pobierana jest ze starożytnej studni za miastem! Oczywiście jedliśmy biedniejsze i bogatsze wersje ale generalnie danie wychodzi na plus!

Ale to też miasteczko, w którym zdecydowanie najbardziej odczuliśmy jak bardzo Wietnamczycy rozpieszczeni pieniędzmi białych chcieli nas oszukać na każdym możliwym produkcie. Tu byli zdecydowanie najbardziej natarczywi i wymyślający ceny z kosmosu, ale też najbardziej skorzy do negocjacji…

Z Hoi An wyjeżdżaliśmy naprawdę zadowoleni i śmiało możemy stwierdzić, że polecilibyśmy to miejsce każdemu kto zawita do Wietnamu. Stąd kolejnym sleeping busem jedziemy do Hue zaraz obok Bach Ma National Park, który już z okien autobusu niemożliwie nas zaciekawił.

Generalnie po Hue nie spodziewaliśmy się za dużo. Byliśmy tak zapatrzeni w Hoi An, że nawet nie szczególnie przygotowaliśmy się jeśli chodzi o jakiekolwiek atrakcje. Mieliśmy tylko trzy dni, bo troszkę się zasiedzieliśmy w mieście krawców i lampionów, a tu trzeba uciekać bo wiza się kończy. Jak się okazało – trzy dni a jednak wypełnione po brzegi pięknymi widokami! Zjechaliśmy popołudniu, więc czas poświęciliśmy w sumie na spacer po mieście i obczajenie co by tu porobić przez kolejne dni. I tak idealnie podzieliliśmy ten wypad na : plażę, park i historię!

Pierwszego dnia cały dzień przeleżeliśmy na plaży 15km od Hue. Plaża idealna. Nie ma ludzi, ale jest jedna knajpka i 4 leżaki z dwoma parasolami. Dostęp jest więc i do piwka i do zakąsek i do świeżego kraba na lunch (mm-mm-mm!). I ta woda… pełen relaks!!! spotkaliśmy tu grupę Wietnamczyków, którzy o 12 byli już nieźle porobieni. Po południu jeden z nas dołączył do nas na plaży i rosyjskim bełkotem chciał za wszelką cenę nam coś opowiedzieć. Zrozumieliśmy jedynie, że obsługuje kamerę w miejscowej TV a dziś pracuje w pobliskim hotelu na imprezie. Jak się zaczęło ściemniać  bez zastanowienia więc spakowaliśmy plażowe rzeczy i ruszyliśmy do hotelu zobaczyć co tam. I… trafiliśmy na wybory Miss Hue! 🙂 wieczór więc minął nam przy barze oglądając piękne Azjatki i słuchając lokalnych gwiazd w super-wypasionym hotelu. Maciej był zachwycony! 😉 Aha, i znaleźliśmy naszego kolegę z plaży! Slalomem obsługiwał dźwig z główną kamerą filmującą całe wydarzenie… W takie dni nie możemy przestać się do siebie uśmiechać bo cały dzień nie wiedzieliśmy która jest godzina nie wspominając już o dniu tygodnia… niclepszego! W Polsce jeszcze za ciepło na filmiki z takiej plaży…wrzucimy jak porządnie zmarzniecie 😉

DSC02199

DSC02223

Ale drugiego dnia w Hue nie przebije nic! Poczytaliśmy o parku Bach Ma – tym, który mijaliśmy po drodze. Długo się nie zastanawiając wypożyczyliśmy skuter na następny dzień (17zł) i o 7 ruszyliśmy przed siebie żeby mieć jak najwięcej czasu na spacery. Jedyny problem jaki mógł nas spotkać, to fakt, że szczyt góry to 17km od bramy wejściowej. Skuterem wjechać nie można, taxi krzyczy sobie 1 mln dongów !!! (170zł!) a na piechotę 17 km pod górkę – nie, dzięki, innym razem 😉 Ale poturlaliśmy się skuterem, ładując do kieszeni ten milion i licząc na jakieś szczęście. Kiedy przy bramie wejściowej (po godzinie jazdy wśród wietnamskich wiosek z pięknymi widokami na góry) negocjowaliśmy cenę taxi (udało nam się zejść do 600 000 dongów) podjechał busik z turystami z Anglii i zgodzili się nas zabrać za 400 000 w jedną stronę (przecież sami zejdziemy!). Deal tygodnia! Na dole spotkaliśmy też trzy Polki (które, jeśli to teraz czytają – serdecznie pozdrawiamy! :)) Wjazd na górę zajął nam 50min, więc naprawdę podziwiamy tych, którzy zdecydowali się wejść samemu i to z namiotami by spędzić na górze noc i obudzić się przy wschodzie słońca na wysokości 1450m. Dużo/nie dużo – ja tam bym takim widokiem z rana nie pogardziła 😉 może następnym razem? Jeszcze kilka lat temu park nie był otwarty dla turystów i do tej pory dość słabo jest oznaczony, ale… jest czysty!!! Nawet nie wiecie jaką odczuliśmy ulgę, że chociaż o tak piękny park zadbali i co kilkaset metrów piszą o zabieraniu śmieci ze sobą! Trasa w parku obejmuje 3 szlaki.

Szlak numer 1 – wejście na sam szczyt z parkingu, gdzie wysadził nas busik – ok 1km. Na samej górze punkt widokowy, ale akurat trafiły nam się chmury więc większej części zaplanowanych widoków z samej góry zobaczyć nam się nie udało (nic się nie stało! ;)). Poza punktem widokowym jest wielki dzwon, w który kobieta powinna uderzyć 9 a mężczyzna 7 razy by spełniło się ich marzenie. Huk taki, że skutecznie odstraszył wcześniej spotkane Polki wcinające obok Banh Mi – wietnamskie bagietki z różnymi dodatkami.

Szlak numer 2 – przejście przez 5 jezior umiejscowionych w lesie. Ścieżka prowadziła przez taką dżunglę, że trudno było iść i patrzeć pod nogi, bo okolica była najzwyklej ciekawsza! Ta roślinność i jej gęstość po prostu zachwyca! Coś u nas zupełnie niespotykanego! Wiemy, że park słynie z wielu gatunków ptaków, ssaków (3 gatunki odkryli dopiero w 1990r po tym jak już dawno stwierdzili, że wymarły) i gadów jednak nasza skromna wiedza z tego zakresu spowodowała, że zachwycaliśmy się raczej tylko motylami i jedną wielką hm… jaszczurką?

Szlak numer 3 – dojście do 300m wodospadu u jego początku aby zejść 682 schodki w dół i zobaczyć jak wygląda z drugiej strony. Po czym wrócić 682 schodki w górę i kontynuować 14km w dół góry do bramy, gdzie zostawiliśmy nasz skuterek. Taki był plan 🙂 Doszliśmy do wodospadu. Widok – sami zobaczcie.

DSC02350

Ambitnie zeszliśmy 682 schodki w dół choć łatwo nie było, bo to schodki takie dla zaawansowanych… i zobaczyliśmy wodospad. Widok…

DSC02383

Mniej ambitnie 682 schodki w górę. OMG !!! Myśli : 1. jak dobrze, że wzięłam adidasy (użyłam ich po raz pierwszy!) 2. dlaczego jest tak gorąco? 3. co by się stało gdybyśmy jednak zostali tu na noc? 4. kocham windy 5. od jutra biegam! 6. o! 20 schodek z rzędu – mogę odpocząć 🙂 – musiałam obrać jakąś strategię ! Tak, przyznajemy. Oboje nas te schodki zdrowo zmęczyły. Napis przed zejściem w dół : If you don’t feel fit enough, don’t go down powinnam była sobie bardziej wziąć do serca choć z drugiej strony – veni, vidi, vici ! 🙂

Jak już weszliśmy, ochłonęliśmy i powstrzymaliśmy chęć przed wskoczeniem w ten wodospad dla ochłody to ruszyliśmy dalej dzielnie przed siebie – przed nami 15 km, z czego 12 km w dół drogi, którą wjechaliśmy busikiem. My nie damy rady? 🙂 Mieliśmy 3.5h do pełnego zmroku i dużo chęci, które miały nadrabiać osłabienie w nogach – moich. Zuch Maciej Mój parł do przodu jak gdyby on te 682 schodki wziął windą… 1km, 2km, 3km zejścia – spoko. Schodzić ciężej niż wchodzić ale widoki takie, że nawet się o tym nie myśli. 4km,5km zejścia – czasami trzeba też podejść pod górkę – dawno się tak nie cieszyłam na podchodzenie! 6Km, 7Km zejścia – zmęczenie daję się nieźle we znaki i ja zaczynam rozmyślać jednak nad tym noclegiem 😉 8km, – jestem głosem rozsądku i stwierdzam, że jeśli cokolwiek będzie jechać z góry to to zatrzymam i poproszę o podwózkę a nie odmówię jak wcześniej 2 innym pojazdom – (jeden skuter nas minął po czym zawrócił po nas po jakiś 5 minutach proponując na migi, że zabierze nas oboje na swojej małej pierdziawce! Medal za bezinteresowną pomoc innym dla tego chłopaka!) I tak po 14km naszego spaceru po górach bez żadnego przygotowania złapaliśmy stopa w dół. Następnego dnia sama zdiagnozowałam u siebie zapalenie wszystkich mięśni nóg 😉 więc nie wiem co byłoby gdyby ten samochód z Wietnamczykami z Hanoi nie miał dwóch ostatnich miejsc i by nas nie zabrał… Zmęczeni jak nigdy ale przeszczęśliwi ruszyliśmy w stronę Hue najpierw pojąc się lokalnym piwkiem w nagrodę (oczywiście, tylko ja ;))

Trzeci dzień Hue minął nam na szukaniu bankomatu, który wypłaciłby więcej niż 300zł na raz (mają tu jakieś dziwne limity, a my się musimy na ten ‚dziki’ Laos zabezpieczyć!) i na zwiedzaniu Cytadeli. Jeśli kiedyś tu zawitacie, to jest to z pewnością miejsce warte zobaczenia aby poczuć klimat jak mieszkały rodziny carów Nguyen ale też aby zobaczyć ruiny budynków zniszczonych podczas wojny. Ma się wrażenie, jakby wojna była tu z 5 lat temu i jeszcze nie zdążyli pozbierać gruzu…

Widoków ani z plaży ani tym bardziej z parku nie da się opisać, więc zajrzyjcie do galerii i choć trochę poczujcie to co my!

Hoi An i Bach Ma to na pewno dwa najpiękniejsze miejsca Wietnamu! Zadowoleni z takiego zakończenia w tym kraju uderzamy do Kon Tum, ostatniego miasta w Wietnamie, gdzie między innymi spróbowaliśmy słynnego Duriana (filmik z reakcji wkrótce!).

Ten, jakże długi post (dziękuję, że to wszystko czytacie! :)) kończymy już w Laosie, w którym jesteśmy do tej pory zakochani po uszy!!! 🙂

Stay tuned i koniecznie zobaczcie galerię zdjęć na dole!

Album #5 Hoi An

Album #6 Hue

Reklamy

4 myśli w temacie “Robi się coraz ciekawiej… Hoi An i Hue w Wietnamie!

  1. Dziecko mi zasneło, zrobiłam kawę i czytam, i czytam i jakoś tak cieplej sie robi w tej naszej listopadowej Polsce 🙂 Super reportaż, myślę że Laska byłaby z Ciebie dumna! Czekam na wiecej 🙂

    Polubienie

  2. Fajnie się to czyta, przyznam, że niecierpliwością wyczekuję na kolejne wpisy 🙂 btw wysyłajcie sobie paczki do PL jak nie macie miejsca w plecakach 😛

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s