Laos 2, czyli NicLepszego ciąg dalszy…

„Idźcie 45 minut przed siebie i dojdziecie do portu. Stamtąd zabierze Was łódka na wyspę.” Powiedział lokalny koleś na dworcu. Doszliśmy po 10 min do portu, do końca lądu. Yyy.. może on powiedział 5 minut a nie 45? Podążając za innymi wymieniliśmy bilety na innego koloru, które były wejściówką na jedną z długich, drewnianych łódek zaparkowanych przy Mekongu.

Jak widzimy ten tłum białych to postanawiamy włączyć drugi bieg jak tylko przycumujemy na wyspę, bo za dużo noclegów tam chyba nie ma. A my wyjątkowo tym razem nie chcemy iść na większe kompromisy. Mamy zostać na wyspach Mekongu 12 dni i naprawdę chcemy aby bungalow był taki jak sobie wyobrażaliśmy no i żeby cena była nawet lepsza! Ale póki co możemy się rozkoszować widokami wybrzeża Mekongu przez jakieś 30minut nim dopłyniemy na Don Khone.

DSC02953

Trzy główne polecane wyspy z jakąkolwiek infrastrukturą to Don Khong (największa), Don Det (najbardziej imprezowa) i Don Khone (najspokojniejsza). Don Khong ominęliśmy w myślach szerokim łukiem, i wybraliśmy najspokojniejszą, połączoną z Don Det mostem bo stwierdzamy, że jakby na imprezę nas naszło to na nią dojdziemy. Ale generalnie plan był by przyjąć kompletny relaks. Byczyć się i nie myśleć o niczym. Czasami coś zjeść.

Wrzucamy więc dwójkę i ruszamy w stronę mostu (co by być jak najbliżej w razie czego ;)) i już po 20 min rozkładamy się z plecakami na podłodze w mini bungalow, którego taras wisi nad Mekongiem a widok na sąsiednią wyspę idyllicznie wpasowuje się w nasze zamiary słodkiego lenistwa. Tylko gdzie Ci wszyscy biali, co wysiedli za nami i mieli nam zajmować najlepsze miejscówy? Już wiemy. Spotykaliśmy ich co wieczór w co innej to knajpie. Większość miała już coś zarezerwowanego i płacili ok 4x więcej niż my. Ok. My nie mieliśmy w bungalow nic poza łóżkiem z moskitierą i małego stoliczka. Właścicielka też zdecydowanie nie wiedziała co to Domestos jeśli chodzi o łazienkę. Ale hamaki, taras i widok nadrabiały w zupełności. A no i płaciliśmy 19zł/noc za 2 osoby.

DSC03270

I tak spędziliśmy 8 nocy na tej spokojnej wyspie, którą zamieszkuje w 3 malutkich wioskach jakieś 400 osób. Samą wyspę można przejść dookoła w kilka godzin. Resturacji jest może z 10, takich bardziej obleganych z 4. Jest kilka sklepów i wypożyczalni rowerów a centralny punkt wyspy to skrzyżowanie głównej piaszczystej, wyboistej drogi z dwoma mniejszymi, piaszczystymi, wyboistymi drogami i lampa. Reszta wyspy to pola ryżowe, gospodarstwa i lasy tak zagęszczone, że nie można w nie wejść.

DSC03227

Idealne miejsce dla turystów, którzy chcą spacerować całe dnie podziwiając pola, relaksować się na hamakach albo przejść się na wodospady na Mekongu (jeden z nich – największy wodospad we poł-wsch Azji!) a jednocześnie mieć gdzie zjeść, napić się shake’a ze świeżych owoców czy kupić Domestos w razie potrzeby 😉 taki idealny balans.

Ale ta wyspa to też jej mieszkańcy. Generalnie Laotańczycy to otwarci ludzie. To oni w dużej mierze tworzą klimat tego miejsca. Wydają się być spokojni, uśmiechnięci i.. wypoczęci. Pozdrawiają i machają, ale tak szczerze, z sympatią. Wyluzowani są na tyle, że w restauracjach – szczególnie na wyspach – można czekać na menu 20min a potem kolejne 20min aż ktoś podejdzie po zamówienie albo wziąć samemu menu jeśli kelnerka/właścicielka/córka właścicielki właśnie ucina sobie drzemkę. Budzimy ją jak jesteśmy gotowi do zamówienia. Na podanie dania też trzeba swoje wyczekać, bo pewnie z kolei kucharz spał… Ale my tu przyjechaliśmy się nie spieszyć. Przyjechaliśmy żyć ich rytmem. Nie przejmowaliśmy się pomyłkami z zamówieniem, długim oczekiwaniem czy jak dostaliśmy kawę bez mleka i gorącą zamiast zimnej to piliśmy jaka była, bo kto by czekał 20min na mleko… 😉

A propos mleka! Nie wiem jak u Was, ale u mnie na widok mleczka w tubce kiedyś rozszerzały się źrenice. A oni dokładnie takie same mleczko dodają do kawy! Dostajesz czarną kawę z taką zawiesiną na dnie. Możesz ją sobie wyjeść łyżeczką albo zamieszać i otrzymać gęstą zawiesinę kawową. Ten cukier to zdecydowanie jedyna rzecz która pobudza w tym napoju. Bo kawa akurat w Laosie jakoś w ogóle nam do gustu nie przypadła (oprócz mleczka-jasna sprawa;)). Nie jest ani smaczna, ani mocna.

Dni spędzaliśmy jeżdżąc rowerami (na wyspie jest tylko kilka skuterów i jeden tuk tuk – do wynajęcia dla leniwych turystów by dostać się 4km do wioski na sąsiedniej wyspie). Uczucie, kiedy pokonywaliśmy te wyboiste dróżki w pełnym słońcu wśród ryżowych pól i palm mijając wesołe laotańskie dzieci i chyba równie wesołe krowy na długo pozostanie z nami.

IMG-20151111-WA0005

DSC03228

Albo spacerowaliśmy, czasami razem, czasami oddzielnie by każdy mógł się wsłuchać w wyspę po swojemu. I mimo, że już od dłuższego czasu zegarek sprawdzamy 100 rzadziej niż w Polsce, to tu już w ogóle nasz dzień był podporządkowany tylko pod ruch słońca albo głód. Bo też mało kto tu wie co to punktualność…

A innego dnia jechaliśmy na Don Det. Tu rzeczywiście więcej knajp i usług. Więcej turystów i większe sklepy. Więcej happy barów więc i może uśmiechy szersze ale imprezowo? Nieee.. to nadal, mała, urocza wysepka na której moglibyśmy zamieszkać bez obaw. Tylko nasz widok chyba ładniejszy od tego – po prostu ładnego 😉

Wieczory spędzaliśmy w tych knajpkach gdzie oprócz stołów masz leżanki z niskimi stolikami, przy których możesz siedzieć albo leżeć, bo podparcie jako poduszka w zestawie też jest jak coś. Jak już się więc najesz i opijesz beerlao to śmiało możesz wbić w tę strefę gdzie spotkasz tylko wyluzowanych i uśmiechniętych turystów albo odpoczywających pracowników restauracji. Nikt nie jest głośno, nikt nie ma do nikogo o nic pretensji, nikt nie patrzy i nie ocenia. Wszyscy przyjechali tu po ten błogi spokój. I ciekawi nas jedno – jak bardzo lokalni muszą się nam dziwić, że płacimy takie pieniądze by móc do nich przyjechać poleżeć i się zresetować od europejskiego pędu. Może myślą, że my nie mamy hamaków? A może wiedzą, że je mamy a nie wiedzą, że nie mamy czasu na nich leżeć? Nie dowiemy się, bo na wyspie nie spotkaliśmy nikogo kto by rozumiał coś więcej spoza słownictwa dotyczącego restauracji albo wycieczek. Co w ogóle z resztą nam nie przeszkadzało…

W pierwszy wieczór spotkaliśmy Petera i Sabrinę – małżeństwo z Bawarii*, z którymi spędziliśmy kilka wieczorów i dwa pełne dni. Jeden na rowerach zwiedzając wodospady i okolice a drugi wylegując się na basenie. Mekong ma to w sobie, że nie każdy chcę albo powinien się w nim kąpać więc ten kto wybudował basen zarabia krocie na turystach 😉 Oh ale było warto. Leżeliśmy na leżakach, albo w wodzie. Zjedliśmy lunch w hinduskiej, rewelacyjnej knajpce gdzie kelnerki spały całymi dniami oparte o stoliki. I znowu leżeliśmy na leżakach drzemiąc aż nie obudziła nas lekka różnica temperatur, bo słońce zaczęło zachodzić.

IMG-20151111-WA0004

Mekong po raz kolejny stanął na drodze naszej podróży ale po raz pierwszy wydał nam się tak magiczny. Ta ciemno beżowa rzeka, ciągnie się przez tyle setek kilometrów, zmienia swój bieg i szerokość usługując mieszkającym nad nią ludziom. Dopiero na wyspach, kiedy mieliśmy całe godziny na wpatrywanie się w przepływającą wodę doceniliśmy ogrom tej rzeki.

Takie wyspy to idealne miejsce by zastanowić się nad podróżą, nad tym co czeka nas po. Co do tej pory przeżyliśmy i czego się uczymy każdego dnia. To takie też trochę przypomnienie, że do życia naprawdę dużo nam nie trzeba a jak mało trzeba by móc się uśmiechać cały dzień do siebie i po prostu cieszyć się tym co nas otacza. I daleka jestem tu od filozofowania o wartościach w życiu, ale myślę, że każdy z nas raz na jakiś czas powinien w takie miejsce przyjechać i trochę zwolnić i pobyć sobie sobą w otoczeniu takiej natury jak tu.

Ale jednak po 8 dniach takiego słodkiego lenistwa ruszyliśmy z powrotem do Pakse. Ostatnim razem zobaczyliśmy ‚tylko’ wodospady więc postanowiliśmy wrócić by pozwiedzać jeszcze trochę okolicę. Wzięliśmy skuter na 3 dni i w długą. Pierwszego dnia odkrywaliśmy dwa kolejne wodospady i dosłownie okolicę – wjechaliśmy w jedną z bocznych dróg, by zobaczyć gdzie prowadzi. I tak jeździliśmy między polami i plantacjami mijając całe grupy ludzi pracujących na polach i wioskę, w której chyba dawno żaden biały się nie pojawił… Bo skuter daje taką wyjątkową wolność wyboru Twojej drogi na co dzień. Dlatego właśnie fajnie byłoby tu kiedyś wrócić na dwóch skuterach i przemierzyć ten kraj skręcając gdzie chcemy i kiedy chcemy.

DSC03322

Drugi dzień poświęciliśmy na spacer po pagórkach i wzgórzach Laosu. Mimo, że góry wokół Pakse robią piorunujące wrażenie, nie są chyba osiągalne na własną rękę. Super było trochę pospacerować i popodziwiać tym razem mokradła Laosu po tych dniach leżenia na hamaku. Stojąc na szczycie jednego ze wzniesień mieliśmy okazję ujrzeć pas gór, który ciągnął się na przeciwko domu Waldka w Attapu. I tak tego dnia przejechaliśmy 120km na skuterze i nie ukrywam – bolało!

DSC03395

Trzeci dzień w okolicach Pakse i przedostatni dzień w Laosie postanowiliśmy spędzić na zwiedzeniu jednej z największych atrakcji tego kraju – świątyni Vat Phou usytuowanej u podnóża góry Phu Kao. Lepszego miejsca w okolicy na świątynie wybrać nie mogli. Vat Phou to zdecydowanie najlepiej umiejscowiona świątynia z tych, które do tej pory widzieliśmy. Zobaczcie sami w galerii.

DSC03446

Ale to co tworzy to miejsce nie tylko spektakularne w pejzaże ale też magiczne w odczuciu to fakt, że świątynia, mimo, że z 5 wieku stoi niczym niezabezpieczona. Można po jej resztkach chodzić, dotykać jej ścian, elementów. Tutaj jest zupełnie inne podejście do takich zabytków. Tu wygląda to trochę tak jakby to było wybudowane wieki temu, setki lat temu się przewróciło, a my teraz po tych cegłówkach chodzimy. Z jednej strony – niesamowite uczucie, bo tak łatwo wczuć się w klimat i pozwolić swojej wyobraźni przenieść Cię w zupełnie inne czasy a z drugiej aż żal, bo każdy mógłby tak naprawdę jedną taką cegłówkę wynieść, mógłby zniszczyć kawałek. Eh… totalnie oczarowani opuściliśmy Vat Phou przy zachodzie słońca, który tylko spotęgował prostotę i piękno tego miejsca. Zdecydowane must-see w Laosie, do którego mam nadzieję, że już planujecie podróż 🙂

I już kolejnego dnia opuszczamy Laos z mętlikiem w głowie. Z żalem opuszczamy kraj tak spokojny i piękny ale z radością pędzimy do Tajlandii by spotkać się z rodzinką, która postanowiła nas odwiedzić w podróży!

**Peter i Sabrina (37 i 21lat) są w rocznej podróży po świecie. Wyruszyli we wrześniu i na wyspy zawitali na kilka dni po zwiedzeniu całego Laosu. Peter jest nauczycielem hiszpańskiego w szkole, Sabrina pracuje dla prywatnej firmy. Dogadali się ze swoimi pracodawcami na system pracy, który umożliwił im pobieranie wypłaty również podczas podróży. Peter miał system 2/3. Tzn. przez ostatnie dwa lata pobierał tylko 2/3 wypłaty by w 3 roku mieć 12 miesięcy wolnego i nadal pobierać 2/3 wypłaty. Sabrina miała system 1/2. Pracowała przez rok za połowę pensji. Teraz przez rok podróżuje, dostaje co miesiąc połowę pensji i oboje wracają we wrześniu do pracy, która na nich czeka. Oczywiście, budżet zakładający 2/3 wypłaty Petera i 1/2 wypłaty Sabrina pozwala im na podróżowanie bez większych kompromisów. Peter wspominał, że może wybrać też opcję 3/4 lub 6/7 i myśli o dogadaniu się po powrocie na 3/4 by za trzy lata mieć znowu rok przerwy i 3/4 wypłaty na koncie co miesiąc. Jeszcze się waha czy wykorzysta ten rok na podróż, wybudowanie domu czy po prostu spędzenie czasu z dzieckiem, które planują mieć do tej pory.

Album#9 4000 wysp – Laos

Album#10 Pakse2 – Laos

Reklamy

4 myśli w temacie “Laos 2, czyli NicLepszego ciąg dalszy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s