Sawatdee Kap Thailand !!

Tajlandia, o której w Polsce słyszeliśmy od czasu do czasu, jest naszym kolejnym punktem programu. Czytaliśmy o niej w „Samsarze” Tomka Michniewicza, słyszeliśmy o niej od przyjaciółki Moniki czy znajomych ze Szwecji, którzy wyjeżdżają tu nagminnie na wakacje. Wiedzieliśmy, że jest tania, ładna i ‚prosta’ w podróżowaniu. A teraz jeszcze Polacy mają wizę na 30 dni za darmo. Idealnie 🙂 Jesteśmy w Tajlandii już trzy tygodnie i póki co – nie zawiedliśmy się ale przed nami jeszcze miesiąc w tym kraju więc zobaczymy co ma jeszcze do zaoferowania 🙂

Do Tajlandii przyjechaliśmy z Laosu, z Pakse autobusem do Ubon we wschodnio – północnej Tajlandii. Bez problemu przekroczyliśmy granicę z miejsca dostając wizę na 15 dni, bo wjeżdżaliśmy na teren Królestwa drogą lądową.*

20151116_162627

Z Ubon mieliśmy wykupione bilety na nocny pociąg do Bangkoku, skąd tego samego dnia wyjeżdżaliśmy na wyspę Ko Samet. Już na dworcu w Ubon zauważyliśmy dużą różnicę z Laosem. Gdy czekaliśmy na pociąg podszedł do nas Pan wypytując, gdzie jedziemy, skąd jesteśmy i że nam pomoże dostać się do pociągu. Wszystko z uśmiechem i nawet sprawnym angielskim. Nauczeni doświadczeniem z poprzednich krajów byliśmy przekonani, że czegoś od nas chce, ale nie! On był pracownikiem kolei i po prostu chciał nam pomóc. I tak od tamtej pory przestawiliśmy trochę myślenie – ludzie tu uśmiechają się więcej niż w Laosie i dużo więcej niż w Wietnamie. Otwarci są i kumają angielski dużo bardziej. W Laosie z tą otwartością też było spoko, ale tu to inny poziom.

Kuszetka tu różniła się od tej, którą jechaliśmy w Wietnamie tym, że tam mieliśmy przedział z 6 leżankami, tu cały wagon miał leżanki po prawej i lewej stronie na górze i na dole. Karaluchy na podłodze i trochę gorsza toaleta, ale za to nikt nie palił. Obie kuszetki – ta z Ubon do Bangkoku i z Bangkoku do Chiang Mai generalnie wyglądały bardzo podobnie. Tyle, że w tej pierwszej jechaliśmy w wagonie z wiatrakami, a w drugiej z klimatyzacją. Co oznacza, że w pierwszej okna były otwarte, światło zapalone i otaczały nas chmary robaków i komarów a w drugiej było tylko zapalone światło i zimno 🙂 I w drugiej jakimś dziwnym sposobem oddelegowali Maćka do innego wagonu – koedukacyjnego, a ja wraz z Mamą i jej dwoma towarzyszkami podróży zostałyśmy w damskim. W pierwszej podróży Maciej zasnął coś około 20, podobnie Mama w drugiej 🙂 więc chyba nie można narzekać 😉

20151116_191644

Wschód słońca nad Bangkokiem, do którego dojechaliśmy po 15 h, oświetlał drapacze chmur i już poważnie zakorkowane ulice. Zwiedzanie stolicy zostawiamy sobie na potem, teraz tylko przesiadamy się w taxi do portu, skąd łodzią dopłyniemy na Ko Samet (taxi = 250zł/5os/200km). I po 3h w taxi i godzinnym rejsie wysiadaliśmy już stopami na gorącym piasku i białej plaży Ko Samet. To zdecydowanie jedna z takich wysp, gdzie jest dużo resortów (małe, fajne, jednopiętrowe albo bungalow – nie kilkupiętrowe rodem z all inclusive w Turcji) i wszystko ładnie przygotowane pod turystów.

DSC03610

Wszystkie plaże są zagospodarowane i nie ma tu takich wtop jak na opisywanej wcześniej Phu Quoc. Woda turkusowo – błękitno – zielona, piasek czysty, no naprawdę miód malina 🙂

DSC03797

Nie były to dzikie plaże, ale zdecydowanie takie, o których nie raz marzyliśmy jak w Szwecji lało i wiało. Nie widzieliśmy jeszcze innych wysp, ale Ko Samet śmiało możemy polecić każdemu na wakacje. Dni spędzaliśmy na plaży z rodzinką, w wodzie i na wieczornych rozmowach o podróży przy Chang – tajskim piwku. Jednego dnia zaliczyliśmy też kilkudniową wycieczkę na 5 okolicznych wysp na nurkowanie z maską! Takie pływanie w przejrzystej wodzie, obserwowanie życia pod wodą to zdecydowanie jeden z najlepszych relaksów jakie – naszym zdaniem – można przyjąć. Totalne oderwanie się od świata! Będziemy do tego wracać nie raz – w Tajlandii, Malezji czy wyczekiwanej Indonezji! Nie wiem ile dni musielibyśmy spędzić na takiej wyspie żeby się nam znudziło… choć pewnie wiedząc ile nas jeszcze może spotkać po tygodniu pewnie byśmy się ruszyli 😉 Ale tak szczerze – i piszę to nie by kogokolwiek wkurzyć tylko dlatego, że spotkało mnie to po raz pierwszy – cieszyłam się plażą i morzem bardzo, ale nie czułam tego żalu, że muszę wyjeżdżać, bo wiedziałam, że lada moment znowu na podobnej plaży się znajdziemy 🙂 nie ukrywam – uczucie rewelacyjne 😉

GOPR2423

Z Ko Samet prosto na pociąg nocny do Chiang Mai! Tu spędziliśmy aż tydzień i gdyby nie fakt, że wiza kończy nam się 30/12/2015 a nie 2016 to myślę, że spędzilibyśmy ich tu jeszcze kilka. To pierwsze miasto na naszej drodze, które było bardzo podobne do Europy, a jednocześnie zachowało super tajski klimat. To tu pierwszy raz spotkaliśmy McDonalds, Starbucks, H&M i wiele innych. Miasto o niskiej zabudowie, w którym kryje się setki Wat’ów – buddyjskich świątyń; którego stare miasto zamyka się w obrębie kwadratowego kanału. Generalnie łatwe do ogarnięcia, z wieloma dzielnicami którymi moglibyśmy się szlajać całymi dniami. Jest to też super baza wypadowa do zobaczenia północy Tajlandii. My jednak tym razem trzymaliśmy się raczej tylko okolic Chiang Mai – musimy sobie coś zostawić na kolejny przyjazd 😉 Zobaczyliśmy jeziorko, które odwiedzane jest tylko przez lokalnych w weekendy. To tu też zobaczyliśmy największe do tego pory skupisko turystów spowodowane z pewnością Festiwalem Światła, ale pewnie w sezonie nie jest ich mniej. Generalnie jest to miasto, w którym chyba moglibyśmy mieszkać na emeryturze. Taniej niż w Polsce, dostęp do ewentualnych potrzeb zachodniej cywilizacji ale wciąż bardzo azjatyckie. Muszę to zapamiętać! 😉

Tu, po raz kolejny wypożyczyliśmy skuter i mimo, że ruch lewostronny to Maciej pomykał jak gdyby jeździł tam od lat i było to normalne!

20151125_172610

Ja zabiłabym nas trzy razy nim byśmy wyjechali z podwórka naszego hostelu. Brawo On! Przejechaliśmy się więc super krętą drogą na górę by odwiedzić Światynię – Temple of the Golden Mountain i wejść na szczyt.

 

20151124_151940

Ze Świątyni uciekaliśmy szybciej niż kiedykolwiek. To jedno z takich turystycznych miejsc, gdzie przed wejściem jest korek, parking jest przeładowany busikami, taksówkami, autobusami i skuterami a przy samej świątyni nie jesteś w stanie zrobić spokojnie zdjęcia by nie mieć w kadrze tysiąca innych turystów, w tym 500 chińczyków. Ba! Nie możesz spokojnie przechadzać się wokół niej choć na chwilę wczuwając się w jej klimat, bo non stop ktoś popędza lub przesuwa, bo chce zrobić zdjęcie! Brrr!

Do każdej ze świątyń obowiązuje ta sama zasada, jeśli chodzi o strój. Kobiety powinny mieć zakryte nogi i ramiona, mężczyźni nie powinni mieć czapek, oczywiście wszyscy na boso. Przy każdej jednak ze Świątyń można wypożyczyć sarong za 10b (1zł) by się okryć. Przy tej okazji skorzystałam z sarongu, bo miałam szorty aby okazać należyty szacunek. Jedno mnie jednak zastanawia. Jak te wymagania co do stroju aby okazywać szacunek mają się do tego, że wszyscy ludzie łącznie z wyznawcami buddyzmu, dla których to miejsce kultu chodzą wokół głośno gadając, śmiejąc się, krzycząc i robiąc sobie co chwila selfie z buddą. To zakrywanie się jakoś kłóci mi się tym co za bramą wejściową się jednak dzieje.

Jakkolwiek, w Chiang Mai mieliśmy również okazję przeżyć jeden z najpiękniejszych wieczorów. Piszę tu oczywiście o Festiwalu Światła. Obchodzone w całej Tajlandii święto akurat w Chiang Mai jest podobno na największą skalę więc mieliśmy szczęście 🙂 Generalnie, najważniejszym dniem jest 25/11 ale cały festiwal zaczyna się 23 i trwa do 26/11. Wiele dzieje się w mieście – są całe parady szkół i ich reprezentacji ulicami miasta wraz z wielkimi platformami świetlnymi. Wieczorem 24/11 byliśmy świadkami celebracji mnichów przy jednej ze świątyń.

20151123_191616

Na wieczór 25/11 było zaplanowane wiele uroczystości i regularne puszczanie wianków na wodzie aby odesłać z nimi złe duchy (musisz patrzeć na wianek aż odpłynie albo zgaśnie by zadziałało), ale my postanowiliśmy wybrać się kawałek za miasto, gdzie na terenie uniwersytetu organizowane było puszczanie lampionów (zabronione w mieście). Na oficjalną imprezę bilet kosztował 3500baht/osobę (350zł!) ale nawet gdybyśmy zdecydowali się na taki koszt by wziąć w tym udział to spóźniliśmy się z kupnem cały rok! Więc gdyby ktoś był zainteresowany – nie ma na co czekać! My puszczaliśmy nasze lampiony po drugiej strony rzeki od uniwersytetu, gdzie setki ludzi jak my – bez biletów a z tą samą ciekawością usadawali się już od 16 by o 21 zobaczyć ten magiczny moment puszczania tysięcy lampionów w niebo w tym samym momencie. Ludzie siedzieli na kocach, popijając piwko (którego na oficjalnej imprezie oczywiście pić nie można, nie zapominajmy, że to święto religijne) i super pozytywnej atmosferze podpisywali swoje lampiony z własnymi życzeniami. My dołączyliśmy do nich około 18 i tak 3 godziny doświadczyliśmy takiego ekscytującego czekania, poznając ludzi wokół. Przyjechali z Brazylii, Korei, Chin, i innym krajów do Tajlandii i tu na Festiwal. Tłum i korki nie spowodowały żadnych spięć, nie było żadnej agresji, nikt się nie przepychał. Gdy niektórzy w tłumie nie wytrzymywali presji albo po prostu puszczali swój lampion szybciej by zobaczyć jak leci solo a potem tylko cieszyć się widokami, inni klaskali, dopingowali i cieszyli się z innymi co najmniej jakby właśnie dokonał się jakiś mały cud.

DSC04533

Samo czekanie było rewelacyjnym doświadczeniem. Uzmysłowiliśmy sobie wtedy, że nie było w tym momencie żadnego innego miejsca na ziemi w którym chcielibyśmy się znaleźć. Tuż przed 21 wszyscy wstali i zaczęli się przygotowywać jakby zaraz miała wybić północ w sylwestra! I o 21 na hura wszyscy wypuścili swoje marzenia, życzenia i pozytywne myśli wraz z pięknymi lampionami w niebo i obserwowali gdzie lecą. Lampiony z wiatrem leciały coraz wyżej stając się tylko małymi punktami na niebie, a część z nich zawracała z wiatrem tworząc równie spektakularny deszcz duchów. Okazało się, że impreza oficjalna wypuszczała lampiony chwilę po nas więc wszyscy mogliśmy cieszyć się widokiem z naprzeciwka . Ale atmosfera jaka panowała wokół była po prostu nieziemska. Jakby wszyscy byli jednością. Tu komuś lampion nie chciał się odpalić, więc inni pomagali. Tam leciał w bok zamiast w górę więc łapali i oddawali do właściciela by mógł sam wypuścić swój lampion na szczęście. Widzieliśmy drona, który stracił równowagę po zderzeniu z rozpędzonym już lampionem, kilka lampionów płonących na drzewach, kilka w rzece. Obok nas Brazylijczyk postanowił się oświadczyć w momencie gdy lampiony ruszyły nad ziemię a wszyscy wokół klaskali i gratulowali! Pełnia szczęścia!

DSC04586

I tak przez jakieś godzinę staliśmy i wszyscy wpatrywaliśmy się w nową drogę mleczną. A potem wszyscy w korkach gorszych jak pierwszego listopada na cmentarzu Bródnowskim w Wwa, wracaliśmy jacyś tacy pozytywnie uduchowieni 😉 Naprawdę niesamowite przeżycie i polecam każdemu wziąć w tym troszkę nielegalnym wydarzeniu udział! Następnego dnia całe tłumy turystów wyjechały z miasta i zostaliśmy z lokalnymi mieszkańcami i turystami a festiwal trwał dalej. Na rzece wciąż pływało mnóstwo lampionów-wianków, ulice były przepełnione jedzeniem po bokach a środkiem dalej szły parady, więc czujemy, że dużo nie straciliśmy nie będąc w mieście dzień wcześniej. Nawet na niebie od czasu do czasu było jeszcze widać lampiony, w które ja akurat mogłabym się wpatrywać godzinami. Nie ukrywam, że przypomina mi to moment, kiedy na naszym weselu o północy puściliśmy dokładnie takie same 30 lampionów w niebo razem z naszymi gośćmi prosząc o dobre życzenie dla nas 😉 4 lata później (!) jesteśmy w miejscu, skąd wzięła się ta tradycja…

Z Chiang Mai wybraliśmy się do Mae Sot, miejscowości przy granicy z Birmą i po dwóch dniach dalej w góry Tajlandii do Umphang, w którym jesteśmy zakochani po uszy!

*Tak naprawdę mogliśmy w Laosie pojechać do stolicy (jakieś 600km) i tam w ambasadzie Tajlandii starać się o wizę 30 lub 60 dniową, ale żal nam było czasu na tak długą podróż i ostatecznie postanowiliśmy zaryzykować – pojechać i dostać wizę na 15 dni a potem starać się o jej przedłużenie o kolejne 30. Gdyby się nie udało, zmienilibyśmy plany ale na szczęście wszystko poszło jak po maśle. Przedłużyliśmy wizę w ośrodku imigracyjnym w Chiang Mai za 190zl/osobę na 30dni.

 

Album #12 Koh Samet – Tajlandia

Album #13 Chiang Mai – Tajlandia

Reklamy

2 myśli w temacie “Sawatdee Kap Thailand !!

  1. niektóre zdjęcia z waszej podróży mogłyby się znaleźć w National Geographic, szczególnie zdjęcia ludzi – świetnie oddają klimat, kulturę, ja osobiście jestem fanką Pana z wąsem przy „bawolim bike’u ” – the beściak 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s