Gdzie jechaliśmy 1219 zakrętów i dlaczego było warto ?

„Jak wylecą i zaczniesz się bardzo bać to zwiń się w żółwia i będzie Ci lepiej” – uspokoił mnie Maciej gdy wyczekiwaliśmy setek nietoperzy, które lada moment miały opuścić jaskinie długą na 1,5 km… a ja poprawiłam kaptur, sprawdziłam czy nie mam żadnej części ciała odkrytej oprócz zmrużonych oczu i przeklnęłam zła na siebie, że dałam się w to wciągnąć!

7 dni wcześniej

Po turystycznym choć uroczym Chiang Mai chcieliśmy naprawdę zapuścić się gdzieś w las i odpocząć. Tak padło na Umphang, o którym w przewodniku jest 1 strona, a na TripAdvisor jest jedna atrakcja – Thi Lo Sur Waterfall – największy wodospad w Tajlandii. Klawo.

DSC05505

Najpierw dostaliśmy się do Mae Sot. To taka większa, przygraniczna miejscowość, która dla nas była 2 dniowym przystankiem przed wyjazdem w góry. Warto było tu zostać żeby zobaczyć mix kulturowy między Tajlandia a Birmą i poczuć się trochę jak w Birmie. Twarze pomalowane thanaką, co druga osoba żuje betel (żuliśmy i my! :))

 

Zagęszczenie farang (cudzoziemiec po Tajsku) w Mae Sot było już stanowczo mniejsze i dało nam przedsmak tego co spotkamy w górach. Studenci miejscowego uniwersytetu zrobili nawet z nami wywiad 🙂

Dobrze było zobaczyć miejscowość dostosowaną w większości pod lokalnych turystów lub businessmanów. Tradycyjnie już wypożyczyliśmy skuter (dali nam różowy = Maciej był ‚zachwycony’ ) by obczaić co tam się dzieje wokół. Po raz pierwszy też złapaliśmy gumę! W mieście – więc luzy rajtuzy. Naprawa dętki plus napompowanie – 30min, 3zł 🙂

Generalnie okolice Mae Sot to wzgórza i doliny, drzewa bananowców i ogromne połacie plantacji kukurydzy oraz kauczuku (zobaczcie na filmie poniżej!) od których mogłam nie odrywać wzroku siedząc sobie wygodnie jako pasażer na skuterku w drodze na wodospad, który został odkryty dopiero w 1987r przez przypadek z zza nisko lecącego helikoptera.

DSC04700

DSC04749

Fajnie byłoby kiedyś do Mae Sot wrócić. Zobaczyć czy i jak się zmieniło. I czy nadal podają tak smaczną Tom Yum, tak świetnie wypieczone larwy obok tak biednych żółwi. A najlepiej by był przystankiem przed przejściem do Birmy!

5 dni wcześniej

1219 zakrętów, to jak 4000 wysp na Mekongu. Słyszysz tę liczbę ale tak naprawdę się nie zastanawiasz nad jej ogromem. Tych 4000 wysp nie wzięliśmy na poważnie, bo chyba liczyli każdy mały pierd wystający z rzeki ale 1219 zakrętów zapamiętamy na długo. Chcieliśmy tę trasę pokonać stopem na pace tak popularnej tu Toyoty Hilux by móc podziwiać widoki, ale wszyscy kierowcy tylko z uśmiechem odmachiwali. Jak po 30min podjechał więc lokalny bus (13zl/osobę) nie zastanawialiśmy się zbyt długo. Szczególnie, że ja schodząc z motorbike taxi zeszłam na prawą a nie lewą stronę i boleśnie przypaliłam sobie łydkę. No cóż, pamiątkowy tatuaż z Tajlandii – z głowy 😉

 

Tak jak opisywaliśmy na facebooku, podróż 165km zajęła nam cały dzień. Siedzieliśmy w busie wraz z Birmińczykami z wioski uchodźców* i turystami z Bangkoku. Siedzieli na podłodze, na ławkach jak my i na dachu. Przewozili rzeczy zakupione w Mae Sot albo puste kosze, bo jechali pracować na pola kukurydzy. Rodzina z wioski uchodźców opowiadała o swoim życiu, my o tym, że w Polsce nie ma dżungli (jak to??!!) i że jest zimno. I tak przez 5 godzin cierpliwie czekaliśmy aż dojedziemy do Umphang podziwiając przepiękne widoki.

DSC04913

Zauroczeni w tym małym miasteczku w górach zostaliśmy tydzień, mimo planowanych początkowo 3 dni. Akurat w dzień po naszym przyjeździe w Tajlandii były urodziny króla więc zjechała się masa tajskich turystów na długi weekend. Dzięki temu doświadczyliśmy super nocnego marketu (hit marketu : parówki ze słodkim sosem i ogórkiem!) a w sam dzień urodzin wzieliśmy udział w uroczystościach na cześć króla. Musicie wiedzieć, że Król w Tajlandii jest uwielbiany. Jego wizerunek wisi w każdym sklepie, domu, na ulicach – cały rok. Po spędzeniu więc dnia na spacerze po okolicy wieczorem wybraliśmy się na market by zobaczyć jak Tajowie śpiewają, składają hołd i zapalone świece ku jego czci. Byliśmy jedynymi turystami spoza Tajlandii, ale i my dostaliśmy świeczki i wczuliśmy się w klimat wieczoru 🙂

DSC05063

Następnego dnia rano wstaliśmy o 4.30 by zobaczyć wschód słońca i morze mgieł na górami. I mimo, że po takiej pobudce cały dzień byliśmy już śnięci i ‚tylko’ kręciliśmy się po miasteczku podziwiając piękne domy z drzewa tekowego – warto było !!! Co prawda słońce postanowiło ukryć się za chmurami ale widok na mgły nadrabiał w zupełności! Lekko zaspani odkrywaliśmy co chwile to nowe góry, które pokazywały się gdy słońce szło wyżej – obszerna relacja w albumie poniżej. Sama nie wiedziałam gdzie patrzeć by na pewno uchwycić całość. Z czasem mgły zaczynały się przesuwać, i zahaczały o szczyt, na którym staliśmy. Było naprawdę magicznie, oprócz tych momentów gdy dwóch towarzyszy Azjatów postanowiło nagle pogadać z kimś przez telefon (o 6 rano!) albo o czymś super głośno podyskutować 😉

DSC04959

2 dni wcześniej

Ponieważ turystów innych niż Tajowie prawie w ogóle tu nie widać, wypożyczenie skutera nie jest tak łatwe i tanie jak w większych miastach. Zbojkotowaliśmy cenę 350b/dzień (200b drożej niż w Mae Sot) i dojechaliśmy do jaskini Ta Ko Bi lokalnym busem za 20baht (2zł). Co prawda najpierw zajechaliśmy na stację benzynową, potem pojechaliśmy na przystanek zgarniający ludzi z Mae Sot, potem znowu w stronę Umphang i tak po 30 minutach (zamiast 10) dojechaliśmy na miejsce. Spoko, nie spieszymy się… O jaskini nie wspomina TripAdvisor, w Lonely Planet są cztery zdania. A dla nas była to najwspanialsza jaskinia jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Sama jaskinia ciągnie się aż na 1,5km i jest wysoka miejscami na ok. 20 m. Uroku dodaje jej fakt, że niewielu turystów się w ogóle do niej wybiera i jest zupełnie nie oświetlona. Nie ma biletów wstępu, nikt nie sprawdza kto wszedł i wyszedł. Można w niej spędzić całe godziny, bo zachwyca na każdym kroku. Miejsca, które oświetla latarka robią mega wrażenie, bo jaskinia wypełniona jest stalagmitami i stalaktytami. Nie ukrywam – fakt, że nikt nie wie o tym, że tam jesteśmy, totalna ciemność, zero zabezpieczeń i setki nietoperzy nad głowami może nieźle wpłynąć na wyobraźnię.

DSC05159

Pocieszał mnie więc fakt, że spotkaliśmy dwa razy inną parę z latarkami i… Polaka! A jakże by inaczej 🙂 Powoli udając się do wyjścia, zaczepił nas chłopak z trzema małymi lokalnymi chłopakami (robiącymi za przewodników) zdziwiony, że my tak sami, bez przewodnika. Okazało się, że ma na imię Dominik, mieszka w Bangkoku i pracuje dla Ambasady 🙂 Mniemam, że prawdopodobieństwo, że spotkasz Polaka w jaskini w Tajlandii, w Umphang – jednym z najciężej osiągalnych miejsc Tajlandii – jest zapewne jak to, że spotkasz Laotańczyka mówiącego po polsku łapiąc stopa na południu Laosu.

DSC05195

Spędziliśmy z Dominikiem jeszcze z godzinkę i pod wielkim wrażeniem jaskini i kolejnego dowodu jaki świat jest mały postanowiliśmy, że wrócimy do niej następnego dnia wieczorem by zobaczyć jak te setki nietoperzy wylatuje z jaskini. To właśnie wyczytałam w Lonely Planet w tych czterech zdaniach o jaskini – że warto.

Rano jednak się ugięliśmy i wypożyczyliśmy skuter. Okolica była za piękna by sobie odmówić przyjemności jej zjeżdżenia na kolejnym, różowym dwukołowcu. Najpierw na północ, w stronę Mae Sot by nacieszyć oczy widokami, potem na południe by zobaczyć pobliską wioskę.

DSC04797

Tylko momentami skuter ‚zatykał’ się pod górę a my za to nieźle zmarzliśmy. Po raz pierwszy od przyjazdu do Azji 🙂 trzymając się planu, pojechaliśmy do hostelu, przebraliśmy się w ‚długie’ rzeczy i z prowiantem pojechaliśmy do jaskini by zająć strategiczne miejsce i czekać do zmierzchu na nietoperze.

DSC05287

Nie wiem co ja sobie myślałam zgadzając się na Maćka propozycję spędzenia tam kilku godzin a potem przeżyć taki nalot? Jaskinię zwiedzać można do 16.30. Potem robi się tak ciemno, że trudno do niej trafić. A my właśnie o 16.30 rozłożyliśmy się w wejściu, pod kapiącymi skałami z cateringiem i sprzętem by wyczekiwać. Co 10 minut Maciej sprawdzał czy aby na pewno aparaty dobrze stoją, choć i tak chyba nie bylibyśmy w stanie nic nagrać bez podczerwieni. Ja, jak już sobie porządnie zdałam sprawę, że za chwilę z jaskini ma wylecieć kilka setek nietoperzy, niespokojnie tylko wypatrywałam drogi ucieczki („do pięciu liczę, znikam!”) I tak siedzieliśmy pół godziny, i kolejne. Pierożki won ton się skończyły a na zewnątrz było już zupełnie ciemno i oprócz naszym głośnych oddechów z podekscytowania słyszeliśmy coraz to dziwniejsze dźwięki z otaczającej nas dżungli i trzepotanie kilku tylko nietoperzy nad naszymi głowami. Po kolejnej godzinie, mimo, że czuliśmy się jak Bear Grylls ( z żoną ;)) to nietoperzy ani widu ani słychu. Czyli jednym słowem – dupa. Zostaliśmy wystawieni. Ale i tak 3 godziny siedzieć przy wejściu do tak długiej jaskini w ciemnościach – niezapomniana przygoda.

Kolejne dwa dni spędziliśmy na raftingu, trekkingu przez dżunglę śladami słonia i nad największym wodospadem Tajlandii! Dlatego jeśli ktoś, kiedyś do Tajlandii się wybierze – Umphang powinien wpisać na listę must-be obowiązkowo!

*Wioska uchodźców – Um Piam Refugee Camp. Około 7000 mieszkańców z Birmy zamieszkuje wioskę. Pracują przy polach kukurydzy, kapusty, bananowcach. Przy wejściu jest strażnik pilnujący kto wchodzi i wychodzi. Z tego co opowiadał nam pracownik campingu w Umphang, który jako jedyny mówił płynnym angielskim więc odwiedzaliśmy go codziennie na co najmniej 30min, mieszkańcy wioski muszą płacić 100usd/mcznie za sam fakt mieszkania w Tajlandii. Wioskę wspiera Unicef.

 

Albub#14 Umphang, Tajlandia

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Gdzie jechaliśmy 1219 zakrętów i dlaczego było warto ?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s