2 dniowy trekking w dżungli z atrakcjami!

Największą atrakcją okolic Umphang, w którym spędziliśmy tydzień jest wodospad Ti Lo Sur – największy wodospad Tajlandii. W porze deszczowej mierzy 450m szerokości (!) i 50m wysokości !!! To w porze deszczowej jest najbardziej okazały, ale też bardzo trudno osiągalny.

 

Generalnie można się do niego dostać płynąc rzeką 15km + jadąc samochodem 40min + iść 30 min, albo samochodem 1h + iść przez dżunglę 3h. Jakiej drogi by się nie obrało – warto. To jeden z najbardziej pokaźnych wodospadów jakie widzieliśmy. Wciąż wahamy się czy jednak te z Laosu nie zrobiły na nas większego wrażenia, ale nie zapominajmy, że mieliśmy okazję obejrzeć je właśnie w porze deszczowej. Ale też nie było jeszcze wodospadu, który by nas zawiódł. Każdy większy od Kamieńczyka robi wrażenie, bo ta dżungla, która z reguły im tu towarzyszy po prostu dodaje niewymuszonego uroku.

DSC05501

Jak pisaliśmy w poprzednim poście, w Umphang trafiliśmy na urodziny króla – Jego Wspaniałości, Wielkiego Pana, Siły Ziemi, Nieporównywalnej Mocy, Syna Mahidola, Potomka Boga Wisznu, Wielkiego Króla Syjamu, Jego Królewskości, Wspaniałej Ochrony”. Odpuściliśmy sobie więc na początku zwiedzanie tej popularnej wśród Tajów atrakcji. Poczekaliśmy 4 dni aby móc mieć rzekę ‚dla siebie’ i w ogóle dopchać się do wodospadu. Para kanadyjczyków, których poznaliśmy polecili nam trzydniowy trekking, który finalnie skrócili do dwudniowego. Wzięliśmy więc z nich przykład i za 660zł/2 os. wykupiliśmy – drugą podczas tego całego pobytu – wycieczkę zorganizowaną.

GOPR2695

Pierwszego dnia podekscytowani zapakowaliśmy plecak na te dwa dni i ruszyliśmy przed siebie – my i Can – nasz przewodnik, który – dyplomatycznie mówiąc – wciąż uczy się angielskiego 😉 Po chwili kierowca dowiózł nas i ponton do rzeki, którą dryfowaliśmy przez kolejne 2 godziny do celu. Nazywają ten punkt programu raftingiem, ale koło raftingu to to nawet nie stało (my to my, ale kanadyjczycy to dopiero musieli mieć ubaw ;))

DSC05431

Mimo, że Maciej wręcz rwał się do wioseł, pozostało mu tylko robienie zdjęć. Ja wygodnie rozsiadłam się  w pontonie poklepując się po ramieniu, że nie siedzimy na pontonie z 6 innymi turystami. Ich na rzece nie zabrakło – przed i za nami mieliśmy towarzystwo ale zwinny Can i pomocnik szybko ich zgubili. Sama rzeka przypominała trochę Barycz – tylko, że w dżungli – nie była jakoś super przejrzysta ale widoki wokół jak z Jurasic Parku z helikoptera 😉 Może to więc i dobrze, że nie wiosłowaliśmy – całe dwie godziny mogliśmy cieszyć oczy urwiskami skalnymi nad rzeką, dziwnie wygiętymi drzewami albo dopatrywać się małp.

DSC05433

Po drodze, żeby nie było za nudno natura zafundowała nam jeszcze jeden wodospad – taki typowy – z obrazka. Mam wrażenie, że patrzenie na niego nigdy by mnie nie znudziło. Każdy z resztą tak hipnotycznie przyciąga. Spadająca woda, czy to z wielkiej wysokości pokazując swą siłę czy wydawałoby się – kilkanaście kropel, powoduje u mnie po prostu niemy zachwyt.

DSC05378

I gorące źródła, które ja odpuściłam ze względu na swój home made opatrunek po poparzeniu, ale Maciej wyszedł z nich jakby zdrowszy 😉

DSC05408

Potem już tylko 30 min i wsiadaliśmy na pakę by dostać się do gwiazdy dzisiejszego dnia – Ti Lo Sur. Dziw, że przejechaliśmy tą drogą. Przy każdym większym bagnie byłam pewna, że zakopiemy się na dobre! Sam wodospad – must see. Must be. Mało co poza gwiazdami na niebie sprawia, że czuję się taka mała jak tak szybko spadająca woda, w takiej ilości. A wykąpanie się w nim? Marzenie! Maciej je zrealizował za nas oboje. Ja ponownie odpuściłam ze łzą w oku, może nadmiernie trzęsąc się nad raną 😉 Plus zorganizowanej wycieczki? Nieustraszony Can zabrał równie nieustraszonego Maćka na drugą stronę. Reszta turystów została po mojej stronie tylko przyglądając się – spadną czy nie spadną.

DSC05530

Po dwóch godzinach nad wodą oddaliliśmy się na camping, gdzie spędzaliśmy noc. Takie tam pole w dżungli na terenie Parku Narodowego 😉 Z czasem turystów było coraz mniej i tak o 18, kiedy zrobiło się ciemno zauważyliśmy, że na naszym polu jesteśmy my i jeszcze jedna para – z Bangkoku. Po raz pierwszy więc odkryliśmy na tym wyjeździe co to nuda. Oddalić się za bardzo nie można. Gwiazd jeszcze nie ma. Ludzi nic. Sklep zamknięty – nawet jak otwarty to też przecież asortymentem nie zachwycał 😉 Prąd włączyli na godzinę – idealnie by trochę aparat i komórkę podładować. Więc tak o 20 mówiliśmy już sobie dobranoc. Ja o 23 się obudziłam już w pełni wyspana iiii…. super zmarznięta! Ale za to gwiazdy w tak ciemnym lesie – niezapomniany widok. Pooglądałabym może dłużej gdyby nie te szelesty i dźwięki wokół… Ubrałam wszystko co miałam i pachnąca swoimi azjatyckimi perfumami – Remos AntyKomar zasnęłam.

Rano jajecznica i w długą – przed nami 18km przedzierania się przez dżunglę śladami słoni zahaczając wcześniej o wioskę Karenów – Tajów, którzy mieszkają w górach.

20151209_084837

Po 4h podążania żwawo za Canem – dotarliśmy do wioski. Z reguły to tu spędza się drugą noc i kontynuuje trekking kolejnego dnia. My zjedliśmy obiad i pokręciliśmy się po okolicy. Nie chcieliśmy za bardzo przeszkadzać mieszkańcom, bo i tak widać, że są zmęczeni turystami zaglądającymi do nich regularnie.

Czy Can nas prowadził bardziej czy mniej utartymi ścieżkami? No idea. Dla nas były idealne. Tym razem jak trzech Rambo kroczyliśmy po dżungli przemierzając od czasu do czasu jakieś liche mostki na rzekach albo babrząc się po kostki w błocie. Obowiązkowo w długich spodniach – Can nawet w jeansach! Krok zdecydowanie pewniejszy 😉 Chyba nie do końca nawet zdawaliśmy sobie sprawę jak bardzo byliśmy zależni od tego o połowę mniejszego ode mnie chłopaka. Jego maczeta nie raz przydała się po drodze, a piękny śpiew wyznaczał rytm. Nie tylko wiedział gdzie ma skręcić nawet jak my już nie widzieliśmy ścieżki ale też pokazywał nam przepiękne okazy roślin i ptaków. Pokazywał jak puszczać bańki z jakiejś rośliny!

Starałam się nie uruchamiać wyobraźni za bardzo jakie zwierzęta mogły nas tam obok mijać. Nie musiałam. Wielki dzik przeciął naszą drogę. Can jak w wojsku pokazał, że mamy przycupnąć. Ja zamarłam widząc, że nawet Can stoi bez ruchu, Maciej z gracją – jak na Rambo przystało – postanowił mu się przyjrzeć i zbliżyć, ale dzik jednak był szybszy. I wtedy otworzyłam oczy. To nie atrakcja turystyczna, za 500m nie będzie stoiska z pamiątkami. Byliśmy w dżungli, która nie do końca nas nawet zapraszała do siebie… Byliśmy pod wielkim wrażeniem drzew, które Can nazywał ‚candle trees’, których oleju Karenowie używają do ognisk i świeczek. Sam olej pali się jak benzyna, choć pachnie przepięknie. Postanowił nam więc pokazać jak pali się sam olej w drzewie. I trochę mu się to chyba wymknęło spod kontroli 😉 zobaczcie na filmie 😉

Widok i zapach supcio. Ale dobrze, że mieliśmy tyle wody ze sobą. Spalić tak stare drzewo albo kilka w dżungli w Tajlandii – nie na naszej liście przygód 😉

Czasami nasza ścieżka spotykała się ze ścieżką dla słoni – i tych, które służą Karenom do pracy przy domu i podróży na drugą stronę gór ale i tych dla turystów. Nam przeprawa pod jedną z gór zajęła godzinę. Słoniowi z koszem z turystami zajmuje 3h. Iść ich śladami – bezcenne.

DSC05657

Po 18km nadal czuliśmy, że moglibyśmy przeć przed siebie kolejne 18! Szczęśliwi dotarliśmy do domu by wreszcie wziąć prysznic i zaplanować jak ogarnąć kolejną dżunglę czyli Bangkok!

Album #15 Trekking, Umphang, Tajlandia

Reklamy

Jedna myśl w temacie “2 dniowy trekking w dżungli z atrakcjami!

  1. Nizmiennie styl opisowy – SUPER!!!! czyta sie z zapartym tchem, filmiki w pelni oddaja Wasze przezycia i ma sie wrazenie wspolnego z Wami uczestniczenia w wyprawie…calujemy i pozdrawiamy z qatarskiej dzunglii:):)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s