Ludzkie czaszki, wino z wodzem i 800km za 6zł. Borneo.

Dzień pierwszy

Lądujemy lekko trzaśnięci po ledwo przespanej nocy na lotnisku w Kuala Lumpur w Kuching, na zachodzie Borneo. Ku zdziwieniu wszystkich czychających taksówkarzy wędrujemy 1km z lotniska na dworzec autobusowy na którym łapiemy lokalny autobus do centrum. Mamy mało czasu, więc jak tylko docieramy do miasta szybko szukamy hostelu, szybki prysznic, i biegniemy na kolejny autobus łapiąc rotti z sosem w locie. Jest 13 a o 15 jest ostatnie tego dnia karmienie orangutanów w ośrodku oddalonym od Kuching o jakąś godzinę drogi. Póki co jesteśmy w największym mieście na Borneo więc wogóle nie odczuwamy, że jesteśmy na wyspie. No może oprócz tych momentów, kiedy Maciej budził mnie w samolocie żebym zobaczyła małe wysepki gdzieś pomiędzy lądem Malezji a wyspą. Widzimy jachty opływające te wysepki i obiecujemy sobie kiedyś taki rejs zrobić 😉

 

_DSC7820

_DSC7840

20160113_004011

Semenggoh Nature Reserve to ośrodek przy dżungli, która mierzy tylko 6km2, w której żyją orangutany w naturalnym środowisku. Ośrodek został stworzony, ponieważ tak mały obszar dżungli nie pozwala orangutanom wyżywić się na własną rękę w sezonie suchym. Dokarmiane są więc przez ludzi codziennie o 9 i 15. Można to więc z daleka obserwować. My trafiliśmy na sezon, kiedy owoców wogóle im nie brakuje plus dokładnie o 15 zaczęło w dżungli nieźle lać więc nasze szanse na zobaczenie tych pociesznych małp spadły do 0. Nie poddajemy się. Wiemy, że występują na Borneo jeszcze w kilku miejscach (oprócz Borneo również na Sumatrze) i będziemy ich jeszcze szukać 🙂

Po powrocie kręcimy się trochę po centrum handlowym i zaskakująco spotykamy Sabrine – koleżankę, spotkaną w Cameron Highlands ponad tydzień wcześniej i spędzamy z nią kawałek naszego wieczoru. Dość szybko jednak udajemy się do hotelu, bo sen powoli zwala nas z nóg. Ja jednak po kolejnym prysznicu odzyskuje trochę sił i zawzięcie staram się ustalić jakiś plan na to Borneo. Kupiliśmy bilety tak spontanicznie, że nie do końca jeszcze wiemy gdzie chcemy się przemieścić, co i jak zobaczyć! Maciej odpływa w objęciach Morfeusza jak dziecko i nawet odbywający się za oknem pełną parą Chiński Festiwal nie przeszkadza mu zasnąć o 20.

Dzień drugi

Budzimy się wcześnie i lecimy na autobus do Bako National Park. Zabieramy ze sobą plecaki bo planujemy spać w parku. Lokalnym autobusem do portu, z portu łódką ok 20min, z łódki piechotą w wodzie po kolana i stamtąd już do siedziby parku żeby dowiedzieć się, że nocleg jest niedostępny. Akurat tego jednego dnia mają takie obłożenie… super 🙂

_DSC7911

Na szczęście można zostawić plecaki. Po pożywnym ryżu na drugie śniadanie ruszamy na poszukiwanie nosaczy, małp które -wyobraźcie sobie– żyją tylko na Borneo! 500m od głównej siedziby, kiedy obieramy najdłuższy z możliwych szlaków czujemy się już jak nigdzie indziej tylko na Borneo. Las równikowy jest po prostu niesamowity. Wilgotność osiąga z 90%. Każde podejście daje nam naprawdę w kość, leje się z nas jak w saunie po 20min. Tego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Mieliśmy już kiedyś okazję poczuć taki las w Eden project z rodzicami Maćka, w Anglii. Musimy przyznać, że idealnie oddali klimat 🙂

Co ciekawe, w tym parku narodowym doliczono się 7 różnych ekosystemów dzięki czemu już po 2km las zmienia się do tego stopnia, że nawet my – totalne żółtodzioby jeśli chodzi o rozpoznawanie ekosystemów – widzimy różnicę. Nagle las jest rzadszy, niższy, są inne drzewa a i wszystko nagle cichnie. Ale z kolei tak bardzo, że ma się wrażenie, że właśnie nastąpił jakiś kataklizm, wszystko ucichło a my po prostu jeszcze o tym nie wiemy.

_DSC7914

Po czym jak tylko przeszliśmy kolejne dwa kilometry weszliśmy w dżunglę. I myślę, że nie da się tego opisać lepiej niż zrobił to Tomek Michniewicz w ‚Samsarze’ :

„W dżungli ludzie przestają mówić, a zaczynają słuchać. Słuchają lasu, który żyje kakofonią cykad, świerszczy, i innych owadów, ptaków, węży, małp i jaszczurek. Lasu, który na każdym kroki mówi, że to, czy jesteś, czy cię nie ma, jest w tym miejscu bez znaczenia. Że jesteś tu sam, bo nikogo więcej nie obchodzisz”

Z pewnością dalecy jesteśmy od dżungli, jakie przemierzał autor ale zarówno Taman Negara –  130 mln letnia dżungla w Malezji na lądzie i ten park dają nam poczuć to co on miał na myśli.

_DSC7960

Jakkolwiek, przeszliśmy 11km nie raz brodząc w wodzie po kostki, a nosaczy ni widu, ni słychu a my musimy wracać! O 16 odpływa ostatnia łódź by zdążyć przed zachodem słońca i żeby poziom rzeki nadal pozwalał się dostać na ląd. Rzeki, w której tak swoją drogą pływają krokodyle więc jest zakaz kąpania się. Zobaczyliśmy makaki, świnie z brodą i jadowitego węża.

_DSC7979

_DSC7986

Ale nosaczy żadnych. Podobno zbliżają się do siedziby parku po 18, więc nie jest nam dane. Wracamy więc trochę z nosami na kwintę, ale może jeszcze nam się uda je gdzieś wypatrzeć…. Naprawdę zmęczeni parkiem, szukamy szybko noclegu, znowu – przez przypadek – spotykamy naszą koleżankę – i padamy spać. Jutro przed nami długa droga. Chcemy dostać się jak najdalej na wschód, do Miri, gdzie czekają na nas kolejne parki. 90% białych po prostu lata z Kuching do Miri, ale nie wiem dlaczego mielibyśmy odmówić sobie tych wszystkich widoków z poziomu auta…

Dzień trzeci

„Który autobus jedzie najdalej od miejsca gdzie jesteśmy?” – pytam Panią na dworcu autobusowym w Kuching. Nie wyobrażajcie sobie za wiele. To po prostu budka przy ulicy, gdzie ustawione są w nieładzie autobusy.

20160115_101816

Życzę każdemu z Was, abyście kiedyś oddalili się od swojego domu, pracy i obowiązków na tyle aby poczuć tę wolność. Po prostu wziąć autobusów, gdzieś – byle jak najdalej nie zważając gdzie będzie jechał, ile będzie jechał, gdzie będziecie dziś spać albo co Was dziś spotka. Aby, jak to mówią, strach przed nieznanym zamienić na ciekawość…

20160115_101842

Tak o 12.35, 40km od Kuching wystawiliśmy kciuki by złapać cokolwiek co jedzie na zachód Borneo. I tak o 12.50 poznaliśmy Alexa, malezyjczyka chińskiego pochodzenia, który jeżdżenie autostopem po Borneo przeniesie na inny poziom. Poznajcie Alexa i Wy.

20160116_101238

Jest handlowcem, sprzedaje masażery. Ma żonę i dwójkę dzieci, zjeździł cały region Serawak (Borneo dzieli się na dwa wielkie regiony – Serawak i Sabah) ; jak powiedział nie kontroluje siebie przy temperaturze -4st (poczuł kiedyś w Taiwanie) i ma dziś wolne. I ma kierowcę. I bardzo chce nas poznać. Okazuje się, że jedzie 130km na wschód i mimo, że będzie musiał trzymać swój plecak na kolanach bo auto takie zapchane, chętnie nas zabiera ze sobą. Te 130km pewnie moglibyśmy pokonać w jakieś 2h. Po godzinie już wiemy, że tego dnia dalej niż te 130km nie zajedziemy a wieczór spędzimy z Alexem i jego kierowcą pijąc piwo w hotelu, w Betong, gdzieś, gdzie białego dawno już nie widzieli…

Alex opowiada nam o Borneo, o jego życiu, życiu mieszkańców. Biedna rodzina na Borneo zarabia ok 20 000 RM ( 19 000zł ) rocznie. Bogaci, w Sabah, potrafią dorobić się od 300 000 do 500 000 RM rocznie na czarnym pieprzu albo palmach na olej palmowy.

Opowiada o tym (pozwalając mi wszystko zapisać), że wyspę zamieszkują trzy nacje – Malezyjczycy, Chińczycy i ludzie Dajak. Ci ostatni to rodowici mieszkańcy wyspy, którzy do tej pory w większości mieszkają w tzw. Longhouse’ach – długich domach. Nazwa słuszna, bo dom może się ciągnąć na 100m i może w nim mieszkać nawet 100 rodzin.

_DSC8105

I wiecie – my słyszeliśmy o tych longhouse’ach. Czytałam o nich na innych blogach czy w opowieściach z wypraw z Borneo. W większości opisywane były jako już nowoczesne domy, którym daleko do starych drewnianych, budowanych na palach. Nawet nie podejmowaliśmy próby odnalezienia ich na naszej drodze po Borneo. Większości udało się je odnaleźć samochodem lub podróżując po Borneo trochę dłużej. Ale Alex postanawia ich poszukać razem z nami. Mamy auto, mamy kierowcę, mamy czas i do tego naprawdę się polubiliśmy. Fajnie, la?** Alex nakazał więc swojemu kierowcy zapuścić niczego sobie amerykańskie hiciory w radiu i ruszyliśmy w czwórkę na poszukiwania plemion mieszkających w Longhouse’ach. Wtedy już nasz plan się zweryfikował. Nie chcemy dojechać jak najdalej. Chcemy przeżyć jak najwięcej. Bo prawdą jest, że czasami podróż jest ważniejsza od celu…

_DSC8038

Alex opowiadał nam, że odwiedził już kiedyś longhouse… Ale czuł się dość nieswojo przypominając sobie historię jego dziadka, który opowiadał jak to plemiona z Longhouse’ów zabijali chińczyków przyjeżdżających na wyspę bo się ich po prostu bali…

_DSC8136

A teraz najciekawsze. Każdy z Longhouse’ów ma swojego wodza. Wybierają go poprzez głosowanie. Ma on nielimitowaną władzę, ale z reguły to dobrzy ludzie. Wodzowie jakich my spotkaliśmy to ludzie mówiący po angielsku. Co nie oznacza, że my możemy się z nimi komunikować po angielsku. Rozmawialiśmy raczej przez Alexa. Jeden z nich był kiedyś nawet szefem policji. Alex opowiada nam również o winie ryżowym. Winie, które robione jest w małej ilości i jest pite tylko w wyjątkowych sytuacjach, na festiwalach i podczas świąt. Wyobraźcie sobie nasze zdziwienie gdy wódz w drugim z trzech odwiedzonych longhouse’ów wyciągnął butelkę z winem. Do teraz nie wiem, kto był bardziej podesktowany tą chwilą. Oni czy my. Alex jeszcze długo tego dnia nie mógł uwierzyć, że zostaliśmy poczęstowani tym winem.

_DSC8075

Alex

Pierwszy longhouse jaki odwiedziliśmy był dość opuszczony i tym bardziej pobudził naszą ciekawość na więcej. Jedyna rodzina, która tam mieszkała pozwoliła nam wejść do środka i tu nam po prostu opadły szczęki. Nie tylko nam. Alex sam nie mógł uwierzyć w to co widział. Na ziemi, pod szafką leżały stare maczety i włócznie używane niegdyś do zabijania wrogów. Tak leżały sobie i rdzewiały pod szafką. Obok szafki była mata ręcznie pleciona – na noc rozkładana do snu a w kącie były ślady po palenisku używanym jeszcze niedawno jako kuchni. I tak chodziliśmy trochę pospiesznie wszyscy, jakby to miało za chwilę zniknąć albo zostać schowane przed nami. Albo mieliśmy dalej ruszyć wycieczką po muzeum. Ale nie, to było tak prawdziwe, że chyba nawet porządne uszczypnięcie nie pozwoliłoby mi w to wtedy uwierzyć.

_DSC8032

_DSC8092

_DSC8021

Albo w to, że już pół godziny później biegłam na boso za wodzem i Maćkiem (równie bosym bo kto by tracił czas na zakładanie butów) by zobaczyć maszynę z filtrem do uzdatniania wody deszczowej żeby mieli co pić…. i to właśnie tu, gdzieś na Borneo, ok 10km od granicy z Indonezją, wódz postanowił ugościć nas winem ryżowym zwanym Dua. Longhouse był tu murowany, ładnie pomalowany we wzory plemienia. Na ścianie wisiał ruter Wifi a kobiety miały najnowsze telefony w rękach, którymi robiły nam bardziej lub mniej skrycie zdjęcia.

_DSC8071

I pomimo, że wszystkim tym plemionom brakowało pióropuszy i nie siedzieli wokół ogniska, to było to plemię XXI wieku. Z tradycjami, wyznający Chrześcijanizm i miejący swojego wodza. Część w tradycyjnych strojach , część w takich jak my, szyjący ręcznie maty do spania oglądając przy tym amerykański film z telewizora 32 calowego. Starający się otworzyć homestay w którym mogliby nocować turyści, jak już ktoś do nich dojedzie.

_DSC8240

20160115_170023

I tak siedzieliśmy przy stole słuchając tłumaczenia Alexa czym się zajmują i jaka jest ich historia, kobiety podawały owoce (podobne do lichi) a wódz upewniał się tylko czy aby na pewno mamy pełne szklanki. Ale kiedy robię Maćkowi zdjęcie gdy wódz pokazuje mu historię plemienia to staram się tak na chwilę sobie przypomnieć gdzie jesteśmy i co my wogóle robimy. I docenić to najbardziej jak się da. To takie samo uczucie jak czasami czytamy książkę lub oglądamy film w autobusie dalekiej relacji i nagle przez jakąś większą dziurę albo przystanek musimy się oderwać i zdajemy sobie sprawę, że nie leżymy u nas na kanapie w dużym pokoju tylko jesteśmy od niego jakieś 14 000 km…

20160115_163837

Ale to jeszcze nie koniec. Jak już pożegnaliśmy się z drugim z longhouse’ów, zajechaliśmy do jeszcze jednego, o którym dowiedzieliśmy się od lokalnego mieszkańca który mijał nas samochodem. Ten był taki zupełni stary, na palach a jak chodziliśmy po jego deskach to miałam ochotę założyć się z tymi trzema moimi towarzyszami podróży pod którym się zapadną jako pierwszym. Tu również mieliśmy zaszczyt poznać wodza wioski, pokazał nam również swój dom i czapki (o! z pióropuszem!), które nakładają na imprezy plemienia.

_DSC8044

_DSC8156

Jest też tu księga gości. Przejrzeliśmy całą, od pierwszej kartki. Ani jednego Europejczyka. Ani jednego Australijczyka. Ani jednego Amerykanina. Na korytarzu z kolei wisiał pod sufitem siatkowany worek. A w tym siatkowanym worku wisiały…ludzkie czaszki. Tak, ludzkie czaszki. Oznacza to, że w tym Longhouse’ie mieszka dawny łowca głów. Dreszcze przechodzą….

_DSC8128

Wszyscy w jednakowym szoku wsiadamy do auta machając żegnającym nam dzieciom i dojeżdzamy do Sri Aman na chińsko – malezyjski obiad, za który płaci oczywiście Alex, mimo naszych sprzeciwów.

 

20160115_180225

Po krótkim spacerze, satayach z sosem*** jedziemy do Betong na noc. To tu wysiadamy z auta pod hotelem i w sekundę czujemy się jak gwiazdy. Wszyscy na nas patrzą, uśmiechają się, większość się wita 🙂 Pani na recepcji nie pamięta kiedy ostatnio mieli tam białego. Spoko, la? 😉 Wieczór spędzamy na pokazywaniu sobie zdjęć z życia, naszego wesela, dzieciństwa, opowiadaniu o Polsce i kosztach podróży bo Alex obiecuje nas w Polsce odwiedzić! 🙂

Dzień czwarty

„Jak coś by się działo to dzwońcie!” powiedział Alex wysadzając nas na głównej drodze żebyśmy mogli złapać stopa dalej na zachód 🙂 Tego dnia znowu celujemy w Miri. Po drodze mamy jednak dwa miasta jeszcze a do samego Miri jest 561km. Stwierdzam więc, że jeśli uda nam się dojechać do Sibu (170km) to będzie dobrze, jeśli do Bintulu (400km) to będę przeszczęśliwa a jeśli do Miri (561km) to zacznę grać w totka. Pół godziny później siedzimy w aucie jadącym bezpośrednio do Bintulu 🙂 te 400km jechaliśmy 7,5h bo warunki drogi są naprawdę słabe. Ale nie tylko, Sha – kierowca postanawia również nam coś pokazać więc zjeżdża do Sibu aby pokazać nam miasto zwane Little Hong Kong, bo 90% populacji to Chińczycy 🙂 Akurat minister odwiedza miasto więc mamy okazję zobaczyć wystawę samochodów i porozmawiać z szefem policji stanu Serawak… Sha z kolei jest geodetą, opowiada nam o Borneo równie dużo i nigdy nie widział śniegu. Ba! On nie wie co to temperatura poniżej 20st!

20160116_144314

Ku naszemu zdziwieniu na trasie widzimy kilkanaście jeszcze Longhouse’ów. Część nowa, murowana, ładnie pomalowana. Część rozpadająca się na palach. Zatrzymujemy się więc kilka razy zrobić zdjęcia i jedziemy dalej podziwiając za oknem zieleń Borneo i ubolewając, że dżunglę w coraz większym stopniu zastępują farmy palmy na olej palmowy**** Sha podwozi nas do hostelu niedaleko głównej trasy, w którym piszę ten post. Jutro przed nami jakieś 160km do Miri, gdzie czeka na nas kolejny park narodowy z zapierającymi dech w piersiach jaskiniami…

Aż ciekawość nas zjada kogo poznamy jutro…

Album#17 Borneo, Malezja cz.1

*stosunek jakości do ceny w Malezji oceniamy jako najgorszy do tej pory. Akurat tu pokój był naprawdę ok po zmianie pościeli ale już toalety i prysznic wyglądały jakby nie był myte od miesięcy…

** la – to takie zakończenie zdania w Malezji lub w Tajlandii brzmiało ‚ka’ pytająco – potwierdzające. Takie trochę nasze ‚dobra’ w zdaniu : „Jedziemy na obiad do Kaśki, dobra?” albo co w zdaniu „Ale z niego przystojniak, co?”. Pan w recepcji odpowiada na pytanie o autobus „Nie jestem pewien, la?” Brzmi po prostu mega śmiesznie gdy dodają to w zdania angielskie a robią to regularnie:)

*** przysmak w Azji, kurczak lub wołowina nabita na szaszłyk podawany z sosem z orzeszkami arachidowymi

**** Wylesienie Borneo : 1985r – 73% Borneo stanowiły lasy, w 2010 – 44%, a prognoza na 2020 – 32%.

_DSC8247

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s