65 godzin w Singapurze.

Stało się. Dołączyliśmy do grupy ludzi, którzy na hasło Singapur reagują zachwytem. Może nie nad tym jakie to miasto przyszłości – jak go zachwalają- bo pod tym względem mieliśmy większe oczekiwania, ale pod względem klimatu i tego co sobą reprezentuje. No ale od początku…

_DSC0155

Do Singapuru dojechaliśmy autobusem z Melaki, gdzie leniuchowaliśmy i szlajaliśmy się jej uliczkami przez całe 8 dni. Potrzebowaliśmy się na chwilę zatrzymać. Było super! Ale ostatnie trzy dni nie mogliśmy się już doczekać tego co nas czeka w tym jednym z najbogatszych miast- państw świata.

Ponieważ mieliśmy dokładnie 2,5 dnia dokładnie zaplanowaliśmy całą wyprawę, dodając już na miejscu tylko drzemki. Bo wierzcie nam – powietrze jest non stop jak przed burzą. Która w końcu następuje. Bo w Singapurze pada prawie codziennie. Ba! Pogoda tu jest taka sama prawie cały rok. Singapur jest tuż nad równiekiem, więc jest tu mega gorąco, wilgotno i duszno. A mimo wszystko to tu spotkaliśmy bałwana 😉

_DSC9691

Drzemka godzinna w ciągu dnia żeby zebrać siły na wieczór – obowiązkowa więc 😉 a to właśnie te trzy wieczory kiedy byliśmy w Singapurze zrobiły na nas największe wrażenie.

Pierwszego wieczoru, wybraliśmy się jak najszybciej do jakże sławnej – i słusznie – Marina Bay! I szczerze, to nie wiedzieliśmy gdzie patrzeć. Czy zatracać się w budynkach dzielnicy finansowej, która wzbudza podziw swym ogromem, światłem i czystością? Na mnie co prawda chyba jednak dzielnica finansowa w Doha, w Katarze zrobiła większe wrażenie ale ta w Singapurze wygrywa konsekwencją w architekturze i tym, że nie jest już w przeciwieństwie do Doha, placem budowy. Patrząc na tę dzielnicę trudno nie myśleć o tym, że to czwarte centrum finansowe na świecie (po Londynie, Nowym Jorku i Tokio). Ludzie tu pracują dużo, bardzo dużo albo bardzo, bardzo dużo. Bezrobocie jest na poziomie 3% i nie istnieje tu ‚płaca minimalna’. Siedziby banków, największych firm, a niedaleko super drogie restauracje i salon Lamborghini olśniewają blichtrem i luksusem.

_DSC0060

Czy może chłonąć widok podświetlonego hotelu Marina Bay Sands? Resort, którego budowa kosztowała 8 miliardów dolarów. Dla samego tego faktu, należy popatrzeć na niego przez dłuższą chwilą. Z reszta wygląda tak spektakularnie i tak bardzo wyróżnia się w zatoce że trudno mu tej dłuższej chwili nie poświęcić starając się dojrzeć basen na samym szczycie, uznany za najlepszy na świecie ‚infinity pool’. Oglądać go z resztą z drugiego końca zatoki to jedno, stanąć pod nim to drugie. Przy ciągłym zachmurzeniu w Singapurze, kiedy chmury płyną z siłą wiatru trudno nie ulec wrażeniu, że hotel po prostu płynie z nimi. Osadzony taras na trzech wieżach, wystaje ponad pierwsza z nich na 67 metrów !!!

_DSC9993

Czy może starać się zrozumieć o co chodzi z Merlionem? Pół-lwem pół-rybą. Pomnikiem, w którym bardziej należy doszukiwać się marketingowego symbolu Singapuru niż jakichkolwiek legend czy tradycji Singapuru. Jakkolwiek, fota musi być!

_DSC9624

Na uwagę zasługują również niezaprzeczalnie hotele : Fullerton Hotel i Fullerton Bay Hotel czy pływający sklep Louis Vitton, który swym błyskiem aż razi po oczach, i dosłownie i w przenośni.

_DSC0049

I tak niewiedząc w którą stronę patrzeć, ale byle patrzeć spędziliśmy pierwszy wieczór.

Drugi dzień zaczęliśmy jako pierwsi z naszego dormitorium* ruszając w stronę wyspy Sentosa – takiej wyspy- wesołego miasteczka. Raj dla hazardzistów, fanów kiczu i wszelakiej rozrywki. My, znaleźliśmy się tu, aby zwiedzić największe na świecie oceanarium i żeby wygrać singapurskie miliony. Jeśli czytacie ten tekst, domyślacie się już pewnie, że milionów jeszcze nie mamy ale za to jesteśmy bogatsi w doświadczenie z cool rybami 🙂 Bo ta wizyta to było doświadczenie. I aby poczuć klimat tego morskiego świata, tak fajnie przedstawionego i zorganizowanego nie przeszkadzały nam nasze ‚ulubione’ Chińczyki 🙂 Bo akurat przy największym oknie na ten podwodny świat puszczają tak przyjemną muzykę, że można tam siedzieć i siedzieć…nawiązywać jakieś takie mini-relacje z przepływającymi obok płaszczkami, stworami, Nemo czy Doris, i zapomnieć na dobrą chwilę o otaczającym świecie, turystach i tym, że zostało nam już tylko półtora miesiąca w podróży!

_DSC9841

_DSC9734

Onieśmieleni ilością atrakcji na wyspie, ich cen i pieniędzy przepływających przez kasyno obok uciekliśmy w stronę lądu by pozachwycać się zielenią, która jest idealnie wkomponowana w to jakże czyste miasto. Za tą czystością stoi oczywiście masa zakazów. W mieście nie można rzuć gumy na ulicy, jeść i pić we wszystkich środkach transportu, za rzucenie śmieci na ulicę dostaje się mandat ok. 3000 zł. Więc jest czysto. Bardzo czysto. I bardzo się to zauważa, jak spędziło się choćby kilka dni w Ho Chi Min City czy w Bangkoku. Ba! Tej czystości nie dorasta do pięt pewnie z 99% innych miast na świecie. Ale wracając do zieleni – mamy tu kawałek dżungli, ogród botaniczny, masę terenów zielonych– czasami w miejscach w samym centrum, gdzie dawno już powinien stać inny wieżowiec – wydawałoby się. I wszechobce drzewa, które na każdej z ulic walczą z zanieczyszczeniem powietrza. Z resztą nie tylko one. Władze Singapuru ograniczyły ilość taksówek w mieście aby zachęcić ludzi do korzystania z komunikacji miejscej. ** Poza tym narzucili tak horrendalnie wysokie ceny za pozwolenia na samochód, że naprawdę ich liczba jest widocznie mniejsza niż w innych stolicach. Choć tak – widzieliśmy korki, a wśród nich Ferrari, Porsche, Lamborghini czy Nissany GTR. Bo bogatych Chińczyków to tam nie brakuje.

_DSC9970

Wieczór dobrze przemyślany – kierujemy się na dwa pokazy świetlne tak bardzo popularne wśród turystów – i tak bardzo słusznie! Pierwszy w Gardens by the Bay. Co to jest za miejsce… Konstrukcje w kształcie drzew, pięknie porośnięte i oświetlone przyjemnym, fioletowym światłem.

_DSC0006

15 minutowy pokaz świetlny na tych „drzewach” z Marina Bay Sands w tle to zdecydowanie dla mnie najfajniejsze 15 minut w tym mieście. Myślę, że nawet najlepsze nagranie z tego miejsca, nie odda atmosfery a co dopiero mój opis… no coż. Trudno! To kolejne miejsce, do którego po prostu musicie się wybrać! Ale nie ma co się rozczulać… za chwilę kolejny pokaz – tym razem w zatoce. I tu, nie było już może aż tak widowiskowo, i szczerze – pokazy we Wro na fontannie, biją ten o głowę, ale jednak widok dzielnicy finansowej, bańki mydlane latające nad głowami i ‚What a wonderful world’ w tle sprawiły tylko, że polubiliśmy Singapur jeszcze bardziej.

_DSC0051

Drugi, ostatni (tym razem! Nie mylić z : ostatni raz w życiu!) dzień w Singapurze zaczęliśmy od ogrodów botanicznych. To dość duży teren, na którym mieliśmy szczęście być w sobotę i zobaczyć jak mieszkańcy Singapuru spędzają dzień wolny – biegają, piknikują i przekonują łabędzie by nie wyjadały nieswojego ryżu z talerza.

_DSC0072

Przeszliśmy przez ogród z ziołami, korzeniami na przyprawy, medycyny naturalnej, z orchideami i trochę nieświadomie przez ogród z imbirem.

_DSC0080

Zaśmialiśmy się na ceny pamiątek i pobiegliśmy na autobus by po raz kolejny spotkać się z Sabriną i Peterem – parą z Niemiec, których spotkaliśmy wcześniej już w Laosie, Kuala Lumpur i Melace i wygraliśmy z nimi nie raz w karty. *** Zjedliśmy z nimi obiad w arabskiej dzielnicy, na którą chętnie następnym razem poświęcimy trochę więcej czasu. Pożegnaliśmy ich na dobre, bo kolejnego dnia rozpoczynali swoją przygodę z Australią i udaliśmy się na krótki odpoczynek do hostelu. A wieczór? Wieczór zaskoczył nas bardziej niż myśleliśmy.

_DSC0008

Ponownie wybraliśmy się do Gardens by the Bay, bo ten pokaz świetlny jest po prostu uzależniający a po tym do Clark Quay. To z kolei rząd restauracji i promenada nad rzeką. Restauracji z najwyższych półek nad samym brzegiem i trochę tańszych w bocznych uliczkach. I to w jednej z bocznych uliczek spędziliśmy kilka naprawdę wspaniałych chwil, zajmując drugie miejsce w naszym rankingu w Singapurze. Otóż przysiedliśmy na kolację w hinduskiej knajpce gdzie zachwycając się smakiem butter i masala chicken **** słuchaliśmy rytmu miasta, okolicznych koncertów, imprez i rozmów lokalnych mieszkańców. Takie niby-nic miejsce, a dla nas miejsce, o którym – coś czuję – będziemy marzyć nie raz, nie dwa. Po kolacji, trafiliśmy na promenadę, która prowadzi do kumulacji klubów, pubów i imprezowni dla bogatych, potrzebujących rozrywki mieszkańców tego miasta.

_DSC0179

Przysiedliśmy na schodach przy promenadzie, które wydają się być trochę w klimacie takim Wrocławskim Rynkiem, trochę Wyspą Słodową, trochę Warszawskim Nowym Światem (ale tylko trochę ;)) popatrzeć jak ludzie wyskakują z jakiejś takiej wyrzutni na gumach – takiej atrakcji dla turystów. I pozajadać się wafelkami i masłem orzechowym w czekoladzie firmy Hersheys, wcześniej kupionymi na Sentosie. I poobiecywać sobie, że kiedyś tu wrócimy. Bezapelacyjnie…

_DSC0016

A dziś dojechaliśmy trochę rozżaleni, że to już i że tak szybko do Kuala Lumpur. Dojechaliśmy tu ze znaną w Malezji prezenterką telewizyjną i jej mężem – znanym malezyjskim businessmenem, Martinem – Chińczykiem, który koniecznie chciał się z nami napić alkoholu i tirem, który zatrzymał się przy kontroli policyjnej, by wyjście z jego kabiny zrobić jeszcze bardziej spektakularne. Jakby biali na obrzeżach Kuala Lumpur wysiadający z tira byli zbyt małą atrakcją na miejscowych na przystanku autobusowym… Ale o tym opowiemy Wam kiedy indziej…

*Singapur to najdroższe miasto, w którym byliśmy do tej pory. Noclegi osiągają tu jakich niesłychane ceny dlatego po raz pierwszy zdecydowaliśmy się spać w dormie, co i tak kosztowało nas 53zł/łóżko w 6 osobowym pokoju, 30min od centrum. Na szczęście trafiliśmy na cichych, czystych Niemców i dzięki piętrowym łóżkom mogliśmy się poczuć trochę jak na kolonii 😉

** w grę zwaną Skippo – polecamy !!!

*** Swoją drogą widzieliśmy plakat, na którym mieszkańcy Singapuru zachęcani są do głosowania na kolor nowych autobusów, które mają być wprowadzone niedługo w mieście 🙂

*** jadamy kuchnię hinduską od miesięcy a po raz pierwszy udało nam się wreszcie trafić na kuchnię północy i zjeść tak popularne w Europie dania tejże kuchni, tu w idelanym wydaniu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s