Sumatra. 2 pierwsze dni. 3 orangutany. 1 mały kryzys.

Po kilku pierwszych dniach stwierdzamy, że na Sumatrę trzeba być już trochę przygotowanym. Nie chodzi mi tylko o wiedzę teoretyczną, bo tego nigdy za wiele, ale o takie przygotowanie psychiczne. O trochę doświadczenia już z podróży, najlepiej z Azji. A to dlatego, że jeśli ktoś wyląduje tu po 24 godzinnym locie to albo przeżyje przygodę życia bo wszystko będzie tak zupełnie inne i postanowi się w to wczuć a samolot, którym przyleciał będzie utożsamiać z wehikuł czasu… Albo przytłoczy go brud, syf, bieda i tak inna kultura. Nie ukrywam, że i my, już trochę wygodni po Malezji, byliśmy zdziwieni jak wiele różni Indonezję od oddalonego o godzinę sąsiada… Tu cofnęliśmy się ponownie w czasie.

mapa Sumatra

W Medan wylądowaliśmy o 19.50, mimo że wystartowaliśmy o 19.40! Mamy więc teraz tylko 6 a nie 7h różnicy w czasie do Polski 🙂 Nim jeszcze przeszliśmy przez kontrolę paszportową zaczepiła nas mieszkanka Medan ostrzegając, że w jej kraju musimy pilnować i siebie i wszystkiego co mamy ze sobą. Lokalnym autobusem jechaliśmy dwie godziny do centrum, bo Medan to wyjątkowe rozległe miasto. Max 2 piętrowe budynki mieszczą ponad dwumilionową ludność. Na noc wybraliśmy trochę lepszy hotel, nie wiedząc czego się spodziewać po Indonezji i jaką jakość dostaniemy za trochę wyższą cenę. Dostaliśmy pokój, w którym było tak napalone, że nie mogliśmy zasnąć a pościel wyglądała na używaną. Zmiana pokoju nie pomogła, pościeli trochę tak. Do hotelu doszliśmy głównie ulicą, unikając ciemnych chodników. Gdy wysiedliśmy z busu na przystanku było trochę policji ale chyba bardziej sprawdzali auta pod względem bomb niż chodniki pod względem złodziei. Medan to naprawdę nieciekawe miasto. Wygląda jakby ktoś nałożył na nie taki filtr szarości. Czuć spaliny na zmianę z dymem papierosowym, bo palą wszyscy.

Rano zgodnie z planem ruszyliśmy na dworzec autobusowy złapać miejski autobus do Bukit Lawang, wioski na obrzeżach dżungli, w której żyją orangutany. Przejechaliśmy się tam taką oto karocą z motorkiem.

20160210_110634

Na dworcu zaatakowani przez mafię agentów przyjęliśmy strategię ‚we have time, but no money’ zbijając agentów z pantałyku. Po dłuższej chwili, pijąc z nami kawę skapnęli się, że naprawdę nam się nie spieszy i chętnie poczekamy na lepsze oferty. Pouczyliśmy się podstawowych słów, zjedliśmy banany w cieście.

20160210_122812

Kiedy nikt interesującej oferty nie składał, zabraliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie, by szukać czegoś na drodze. Podziałało. Cena z 200 000 najpierw spadła do 150 000, potem do 120 000. W końcu stanęło na 70 000/2 osoby (20zł) a i tak przepłaciliśmy dwa razy – lokalni płacą 18 000/1os. Ale biorąc pod uwagę, że inni turyści potrafią zapłacić nawet 400 000/os nie znając cen, byłam z nas dumna. I tak po godzinie ruszyliśmy minibusem do wioski. Busem 9 osobowym, który w końcu osiągnął liczbę 18 osób na pokładzie 🙂 W busie nie miało znaczenia czy jesteś palący czy nie. I tak paliłeś. Bo jak dwie osoby odpalają jedną fajkę od drugiej, a w busie otwarte są dwa okna to nie ma innej opcji 😉 Kojarzycie takie typowe sceny z amerykańskich filmów, kiedy aktor/ka z centrum Nowego Jorku przenoszeni są z misją na bliski wschód albo do kraju trzeciego świata? Idzie wtedy ulicą, wokół piach, krzyki sprzedawców na ulicach, a w tle Meczet nawołuje do modlitwy. Tak się w tym busie przez chwilę poczułam. Agenci nawołują ostatnich pasażerów do Bukit Lawang, przez szybę sprzedawcy wkładają swoje produkty w nadziei, że coś opchną nim bus odjedzie, przy otwartych drzwiach młody chłopkach gra na gitarze wskazując na kubek, a Pani z przodu busa odpala kolejną fajkę. W tle Meczet obowiązkowo daje na pełną parę.

20160210_152015

Swoją drogą, to że ten bus w ogóle dopuszczony jest do ruchu dziwiło mnie całą drogę. Maciej trafnie porównał materiał na siedzeniach do szmat u mechanika. I tak przez 3h toczyliśmy się do Bukit Lawang. Im dalej od Medan tym asfalt był mniej widoczny pomiędzy dziurami czy wyrwami. Oboje wciśnięci pod szybę z czasem osiągnęliśmy taki stan, że już jest jesteś tak brudny, spocony i jest Ci tak niewygodnie że jest Ci już wszystko obojętne. Ja nawet myślałam o drzemce, bo za oknem nic poza połaciami farm palm olejowych nie było, ale Maciej znalazł wtedy na tablecie nasze zdjęcia z Cypru, sprzed dwóch lat, z wesela mojej siostry. I w zachwycie naszych współpasażerów pooglądaliśmy je wszyscy wspólnie, na chwilę odrywając się od coraz to gorszej drogi…

Z dworca do centrum wioski jest 1.5km. Ale w połowie drogi złapała nas taka ulewa, że utknęliśmy na dobre 20 min pod drzewem palmy olejowej. Zgarnął nas stąd w końcu wcześniej poznany szef Stowarzyszenia Przewodników i jego kolega, na skuterach. I tak już lało do rana.

20160210_160025

Znaleźliśmy szybko nocleg, który śmierdział wilgocią najmniej i naiwnie rozłożyliśmy rzeczy do wyschnięcia. Wioska jest na skraju lasu deszczowego, przez wioskę przebiega rzeka. Wilgotność wynosi z 90%.

_DSC0414

Za oknem leje, wieje, a w prysznicu tylko zimna woda. Jak kładliśmy się spać, przykrywając się takimi lekko zawilgotniałymi kocami, uprzednio dobrze sprawdzając czy w moskitierze nie ma dziur a komary zostały po drugiej stronie, to po raz pierwszy tak bardzo zatęskniłam na naszym łóżkiem. Po ponad czterech miesiącach zmieniania łóżka co kilka dni, ze słabego na gorsze naprawdę miałam kryzys. Nie należę do najbardziej wygodnickich panien, a oczekiwania wobec pokojów już dawno spadły do minimum, ale naprawdę tamtego wieczoru dużo bym dała by móc zasnąć w swojej pościeli, na swojej poduszce, w naszej sypialni znając wszystko wokół. Szczerze podziwiam ludzi, którzy podróżują latami. I nie chce mi się wierzyć, że im nie zdarza się zatęsknić 😉

_DSC0391

Następnego dnia, postanowiliśmy się wybrać na spacer po okolicy. Wioska szczególnego uroku w sobie nie ma. Jedyną atrakcją zdają się być małpy latające po dachach wszystkich domostw. Ruszyliśmy więc w las, uznając, że na trekking by zobaczyć orangutany, z noclegiem w dżungli wybierzemy się kolejnego dnia. Zdziwieniu przewodników, których spotkaliśmy już 2 km od wioski, nie było końca. Jak udało nam się wejść do dżungli? To niemożliwe bez przewodnika. Tak nie można… Nas bardziej od tłumaczenia interesował jednak orangutan, który siedział nieopodal na gałęzi 🙂 Trudno się nie zachwycić naszym pociesznym kuzynem wcinającym ananasa.

_DSC0272

_DSC0361

W trochę nerwowej atmosferze pożegnaliśmy się z przewodnikami i ruszyliśmy dalej. Po chwili znowu ujrzeliśmy – jak na nasze oko – tego samego osobnika. Nawet nie wiem jak opisać frajdę stania tam i obserwowania gdzie pójdzie, i z jaką gracją i łatwością przewiesza się między gałęziami. Spotkaliśmy też taką oto małpkę.

_DSC0285

Jednak już drugie spotkanie z przewodnikiem, z pewnością dużo bardziej broniącego swojego interesu, było dużo bardziej agresywne. Pan przewodnik zaczął na nas krzyczeć, że to jest Indonezja, że do tej dżungli bez przewodnika się nie wchodzi i uderzając pięścią w klatę chyba chciał nam pokazać kto tam rządzi. Dyskusja skończyła się tym, że zadzwonił na policję, którą z kolei okazał się ten sam szef Stowarzyszenia Przewodników, który podwoził nas w ulewie dzień wcześniej. Uprzejmie upomniał nas, że orangutany mogą być niebezpieczne i nie powinniśmy być tam sami. Ruszyliśmy więc trochę okrężną drogą do wioski zniesmaczeni sytuacją. Na pocieszenie jednak przyszedł jeszcze widok matki z młodym. Orangutany mają małe raz na 6-7 lat, dlatego tak bardzo grozi im wyginięcie. Tym większa nasza radość, że udało nam się je zobaczyć i to z młodym. Mając na uwadze, że matka jest szczególnie wyczulona na podchodzenie, utrzymywaliśmy dystans i przyspieszyliśmy kiedy kierowała się w naszą stronę. Widok i interakcja z tymi małpkami jednak, będzie na pewno w top 3 z Sumatry, jeśli nie z całego wyjazdu.

_DSC0351

Żadne jednak z nas nie pomyślało, że wybierając się na spacer w okolicy wioski (zrobiliśmy łącznie tylko 6km) zobaczymy orangutany; że są tak oswojone i podchodzą tak blisko. A wywołaliśmy tym małą awanturę. Do teraz nie wiemy czy przewodnicy bardziej martwili się, że może nam się coś stać czy tym, że nie wykupiliśmy u nich wycieczki by orangutany zobaczyć. Jakby nie było, gdyby ktoś kiedyś z Was się wybierał w tamte strony – bierzcie przewodnika, spacery róbcie po wiosce i nie karmcie tych zwierząt 🙂

Ponieważ zobaczyliśmy już w sumie po co przyjechaliśmy, postanowiliśmy zrezygnować z trekkingu i ruszyć dalej. Następnego więc dnia 9h pokonywaliśmy 240 km do jeziora Toba busem, który trzeba było odpalać na pych 🙂 Siedzimy na jeziorem już 5 dzień powoli wracając do żywych po przeziębieniu. Jutro jedziemy jednak zwiedzać okolicę, i odwiedzić plemiona ludzi Batak, którzy jeszcze do 1905 byli kannibalami….

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s