Najgorszy dzień tej podróży i ile mieliśmy szczęścia w nieszczęściu.

Do tej pory nie mogliśmy narzekać, nawet ciężkie dni były bardziej związane z dużym wysiłkiem ale rzadko z typowym pechem. Nie możemy tego powiedzieć o tym dniu. Mamy wrażenie, że pech z całej podróży skumulował się w jednym dniu i to w najgorszym – jak to zwykle bywa – momencie…
Rzadko decydujemy się na jakiekolwiek dalsze podróże jeśli mamy lot lub plan na przemieszczanie się dalej kolejnego dnia. Tak po prostu, żeby się nic nie wydarzyło. Tym razem, nasze umysły zostały chyba porządnie zamroczone pięknem Filipin i zdecydowaliśmy się na podróż z El Nido do Port Barton – 167km w jedną stronę – na motorze. W Port Barton byliśmy przez 5 dni kilka dni wcześniej i postanowiliśmy wrócić tam na jeszcze jeden dzień zauroczeni tym miejscem a i chcieliśmy się sprawdzić na trochę większym motorze niż typowy skuter.

20170115_080551

Ruszyliśmy o 7 rano, długa droga przed nami, nie było co zwlekać. Już po 10km wiedzieliśmy, że ten akurat motor jest zdecydowanie mniej wygodny niż skuter. Oboje siedzieliśmy w niekomfortowej pozycji, ale widok wstającego słońca wynagradzał niewygody. Stwierdziliśmy, że damy radę. Będzie ciężko, ale kto jak nie my. Jakoś dojedziemy…

Dwie godziny później złapaliśmy gumę. Na szczęście, wulkanizator był za rogiem. Nie! Nie można go nazwać wulkanizatorem. To był Pan, który po prostu potrafił skleić dętkę abyśmy mogli jechać dalej. I tak – super wdzięczni – pojechaliśmy dalej. Wtedy stwierdziliśmy, że i tak godzina opóźnienia to nie jest źle. Wciąż będziemy mieli trochę czasu by spędzić w Port Barton i okolicach. Otóż potem pierwsza guma wydała się chyba najmniejszym problemem…

Po drodze do Port Barton postanowiliśmy zajechać do San Vicente i wybraliśmy krótszą drogę – błąd. Droga okazała się jedną wielką błotną rzeką ale nim zdążyliśmy z niej zawrócić wpadliśmy w błotny poślizg. Przy zerowej prędkości skuter się wywrócił a my wylądowaliśmy w rowie. Maciej przewidział upadek i zdążył tylko krzyknąć „wy**biemy się!!!” więc byliśmy na to w miarę gotowi i na szczęście rów był zarośnięty krzakami a nie był płynącym kanałem z wioski. Skończyło się na skręconej kostce Maćka przygniecionej przez skuter i małych obdarciach. Na szczęście też, spadliśmy na lewą stronę unikając poparzeń od rury wydechowej po prawej. Otrzepaliśmy się i wróciliśmy na drogę do Port Barton źli, że straciliśmy kolejne 40minut.

Jak się potem okazało, poparzenie i tak było wpisane w nasz dzień. Kilka kilometrów dalej, już na normalnej drodze, ja wsiadając na skuter przetarłam nogę o rurę wydechową i tym samym dorobiłam się już drugiej blizny na tej samej łydce. Na szczęście, nie poparzyłam nogi tak bardzo jak rok temu.Wtedy stwierdziliśmy, że już limit pecha wyczerpaliśmy i śmiejąc się tylko pojechaliśmy w stronę Port Barton.

Myliliśmy się. Na drodze dojazdowej, która jest głównie błotem zaczęło padać. Mimo, że była godzina 15 (już 15!) zrobiło się mroczno, deszcz lał jak oszalały i wiedzieliśmy, że każdy milimetr powoduje tylko, że błoto stanie się jeszcze większym błotem. Ale jedziemy! Przecież przejechaliśmy kawał drogi i naprawdę chcieliśmy spotkać się z Polakami, którzy mają super knajpkę w Port Barton a nie mieliśmy okazji spotkać ich wcześniej.

20170115_162013
Dojechaliśmy umęczeni z bolącymi tyłkami do Tomka i Oli, napiliśmy się pysznej kawy, zjedliśmy sałatkę i tak się zagadaliśmy, że zamiast wyjechać z tej wioski przed zachodem słońca, wyjechaliśmy o 18. Błąd. Błotna droga, bardzo słabe światło i deszcz, który oczywiście musiał znowu zaczął lać, Maciej bez okularów (wycieraczek nie wymyślono) – wszystko to spowodowało, że 22km pokonywaliśmy w 1.5h. O tej porze planowaliśmy już dojeżdżać do hostelu w El Nido… Ja kilka razy zeskakiwałam z motoru by mu było lżej i pokonywałam małe odległości po kostki w błocie . Błoto między palcami – jedno z ciekawszych wspomnień tego dnia 😉 Maciej w końcu zaczął śpiewać. To znaczyło dwie rzeczy. 1. Wiedział, że nie jest dobrze i jedyne co pozostało to się śmiać i śpiewać bo przecież nie płakać. 2. Czuł jak spięta i obolała jestem a wie, że jak śpiewa to śmieje się z miejsca. Wy też byście się śmiali 😉

Na głównej drodze, gdzie deszcz trochę zelżał i był asfalt, stwierdziliśmy, że teraz to już tylko 140km i jesteśmy w domu! Chciałabym tylko wspomnieć, że kiedyś zrobiliśmy 120km na skuterze jednego dnia i stwierdziliśmy, że nigdy więcej nie popełnimy już tego błędu. A jednak!

Osiągnęliśmy zawrotną prędkość 60km/h i … złapaliśmy drugą gumę!!! Na tym samym, tylnim kole. No co za pech! Co nas jeszcze dziś spotka? Dobra, nie ma co marudzić. Trzeba szukać wulkanizatora, bo o 8 rano mamy łódź na Coron i naprawdę chcemy na nią zdążyć.
Ok. Doturlaliśmy się do domostwa, oni wskazali wulkanizatora. Godzinę trwało sklejenie dziury po raz drugi. Była 21 a my mieliśmy jeszcze 115km przed sobą. Ale nie załamujemy się. Jeszcze dużo czasu. Jak już teraz naprawi to przyciśniemy i nawet się nie obejrzymy i będziemy w domu 🙂 Pomijam, że prawie całą godzinę przestaliśmy, bo nie byliśmy już w stanie siedzieć.

20170115_204215

Dziękujemy, płacimy 4 zł i jedziemy! Maciej śpiewa a ja staram się znaleźć jakąkolwiek pozycję. Nie mam pojęcia, kto czerpie przyjemność z takich motorków. Przejechaliśmy 20km. I zgadnijcie co – złapaliśmy kolejną gumę! Opona i super naprawy nie wytrzymały. Na szczęście, jesteśmy kilometr od wioski. Tam musi być wulkanizator. Dojeżdżamy a cała wioska pijana! Wielka dyskoteka na boisku do kosza, ludzie się bawią, pod sklepami pełno wesołych ludzi, dzieci biegają na całego mimo, że dochodzi 22. Pan wulkanizator jest jeden. Pijany w sztok. Pomóc nie może. Przestało nam być do śmiechu. Zmęczenie i te wszystkie przygody spowodowały, że miny już nam dobrze zrzedły i zaczęliśmy wymyślać jak pomóc wulkanizatorowi wytrzeźwieć. Na szczęście, znalazła się pompka! Napompowaliśmy i stwierdziliśmy, że pozwoli nam to przejechać kilkanaście kolejnych kilometrów… Błąd.

Już po 5 kilometrach staliśmy przed domem wulkanizatora i wołaliśmy o pomoc starając się go obudzić i licząc, że nie uczestniczy w imprezie w wiosce obok. Jest! Na szczęście, zaspany młody chłopak ledwo gadający po angielsku postanowił nam pomóc mimo tak późnej pory. Nie zgodziliśmy się jednak na żadne sklejanie. Szukaliśmy bardziej trwałego rozwiązania, bo jest 22.15 a my mamy 100km do hostelu i łódź rano. Pewnie zrezygnowalibyśmy z tej łodzi, dołączyli do imprezy w wiosce i popłynęlibyśmy innego dnia gdyby nie fakt, że na kolejne dni nie było już biletów a my mieliśmy z Coron połączenie dalej! Jak nigdy, gonił nas czas…
Ten jakże pomocny wulkanizator miał świetny pomysł – zmieni nam dętkę na nową, a starą dodatkowo wyłożył oponę, żeby chroniła nową. Bo jak się okazało, opona tnie dętkę a nowa opona była nieosiągalna. Takie rozwiązanie musi przetrwać wiele!
Super, minęło kolejne 1.5h nim ruszyliśmy ale tym razem byliśmy przekonani, że dojedziemy. „Jedyne” co musimy znieść to bół tyłka, poparzonej nogi i przede wszystkim ból Maćka kostki przy stopie, którą musi zmieniać biegi w motorze! Do teraz nie wiem jak on to zrobił zachowując przez cały dzień spokój i radość z przygody chyba 😉

20170115_155037
Zauważcie, że Pan kręci paliwo korbką 🙂 czyli stacja benzynowa w Port Barton

Kiedy po 30km zaczęło nam znowu zarzucać tyłem jechaliśmy jeszcze kilkaset metrów nie chcąc przyznać przed sobą, że to dzieje się naprawdę. Jest przed północą, tym razem do wioski jest 14km, do domu 70km a my znowu złapaliśmy gumę… Jesteśmy po środku niczego i naprawdę nie mieliśmy pomysłu co dalej…

„Rozstajemy się” z ciężkim sercem stwierdził Maciej. To wydawało się być jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Ja zabiorę się z jakąś ciężarówką, która od czasu do czasu nas mijała i dojadę do hostelu, spakuję nas i dowiozę nasze rzeczy do portu. Maciej albo doturla się sam na motorku do pierwszej wioski i będą kombinować co dalej albo porzuci skuter w cholerę, zrobi zdjęcie i rano w wypożyczalni pokaże im gdzie mogą sobie odebrać. Mieliśmy oboje już bardzo dosyć tego dnia. Ja nie wytrzymałam. Wizja, że mam zostawić Maćka i sama wsiąść do ciężarówki, w nocy, gdzieś na Filipinach a on ma do mnie dołączyć zakładając, że nic mu się nie stanie po drodze doprowadziła mnie do wybuchu płaczu. Ale nie mieliśmy innej opcji. Jedyne światła jakie widzieliśmy to księżyc święcący wysoko nad nami.
Maciej żeby mnie uspokoić postanowił, że przejedziemy razem jeszcze z 3km i zobaczymy. Może akurat znowu spotka nas jakieś szczęście ? 😉 15km/h, rzuca nam tyłem coraz bardziej, księżyc świeci, ja ocieram łzy, Maciej śpiewa. No tragikomedia…. ale ta chwila wystarczyła żebym rzeczywiście uwierzyła, że to dobry pomysł żeby się rozstać. Teraz obydwoje stwierdzamy, że był najgłupszy na jaki mogliśmy wpaść…

Nagle w lusterku Maciej dostrzegł, że coś jedzie. Zatrzymaliśmy się i machaliśmy latarką w telefonie na środku drogi aby się zatrzymali. O dziwo, ciężarówka zaczęła tak zwalniać, że myślałam, że sama się zepsuła. Myślę, że rozpatrywali cofnięcie się. Bo kto się zatrzymuje w środku nocy, po środku niczego. Pocałowałam Macieja co najmniej jak na filmach na pożegnanie i przypomnieliśmy sobie nazwę miejsca gdzie spotkamy się rano. Zaczęli przejeżdżać koło nas powoli a ja się darłam jak poparzona (no troszkę byłam;)) : HELP HELP!!! 😛 I nie uwierzycie! Kolejne szczęście !!! Zatrzymuje się ciężarówa, z taką wielką klatkową paką – idealną na nasz skuter! Podbiegamy do szoferki i tłumaczymy co się stało. Musieliśmy wyglądać komicznie w kaskach, krzycząc po angielsku, że to czwarty raz jak złapaliśmy dziś gumę, że jutro mamy łódź, że nie ma już biletów na później, że do domu daleko, że prosimy i że zapłacimy, że skuter na pakę – do czterech zaspanych filipińczyków. W końcu dali się namówić i wyszli z szoferki żeby zobaczyć nasz skuter. Zgodnie stwierdzili, że mamy gumę (serio?) i że potrzebna nam pompka. No co wy, ku..wa, nie powiecie 🙂 I wtedy, jak oni tak stali i dyskutowali co z nami zrobić to odkryłam, że paka wcale nie jest pusta. Przewożą nam niej kury, nie w klatkach, tak luzem, z czego część wyglądała na martwą a część chyba rzeczywiście była… A o naszej desperacji świadczy tylko fakt, że ja byłam gotowa do tych kur tam dołączyć. Oby tylko nas zabrali!

20170116_002640

I na szczęście tak zrobili! Najpierw wysunęli drewnianą dechę na którą wspólnie z Maćkiem dźwignęli motor a potem przywiązali go linami do paki jakby robili to co noc. Nie zdziwiłoby nas tej nocy gdyby skuter się zerwał na którejś z dziur, ale na szczęście dowieźliśmy go w całości – lekko tylko porysowanego od kraty. Dwóch najszczuplejszych wsiadło do kur przez dziury w kratce, najpierw przerzucając kilka  za nogi żeby zrobić sobie miejsce. Wielkie dzięki im za to! Maciej wsiadł do szoferki na miejsce koło kierowcy i innego filipińczyka a dla mnie został kilkucentymetrowy kawałek kanapy, koło Maćka, plecaka i kasków. Ale i tak było wygodniej niż na skuterze! 🙂
W połowie drogi Pan kierowca zdecydował, że umili nam czas puszczając filipińskie techno ze starej komórki i tak w jego rytmie doturlaliśmy się wreszcie do hostelu. Ba! Nawet przespaliśmy się 3h! Rano – oberwanie chmury a ja na tricyklu z naszymi plecakami a Maciej na motorze z gumą ruszyliśmy do portu zahaczając tylko o wypożyczalnie i już nawet bez komentarza oddaliśmy tego grata nie mając sił mu wszystkiego opowiadać… Warto było się męczyć – Coron nas zachwycił!

_DSC4652.JPG_DSC4580.JPG

Morał z tego taki : doceniaj dni bez pękniętej gumy! 😉

Reklamy

3 thoughts on “Najgorszy dzień tej podróży i ile mieliśmy szczęścia w nieszczęściu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s