Wyspa Dumaran – tak blisko a tak daleko od nas…

Kiedy byliśmy ostatni raz w Puerto Princessa odwiedziliśmy French Delight Cafe – miejsce, dzięki któremu na chwilę przenieśliśmy się do Francji – bagietki, sery, szynka i pain au chocolate – pyyyyycha! Ale co najważniejsze – właściciel niedawno wrócił z wyspy Dumaran – obok Palawanu i gorąco zachęcał nas do odwiedzenia tego miejsca. Polecał przede wszystkim korale, jako najpiękniejsze, które widział do tej pory…

20171208_062609
Wschód słońca w porcie w Santa Teresita

Pewnie zdajecie sobie sprawę z tego jak bardzo korale niszczone są przez turystów i lokalnych rybaków. Dlatego jeśli tylko mamy okazję zobaczyć żywy, kolorowy, zróżnicowany koral pełen rybek to wybieramy się bez zastanowienia! Pływanie z maską i obserwowanie życia pod wodą to jedno z najciekawszych tu zajęć 🙂
Francuz dokładnie wskazał nam drogę, więc za jego radą najpierw chcieliśmy dostać się do Dumaran Poblacion i stamtąd wybrać się wycieczkę by zobaczyć rafę koralową. Według niego, powinniśmy się też wybrać do Araceli, miejscowości oddalonej o 26km od Dumaran Poblacion by tam zobaczyć piękną plażę.

IMG_20171205_090218
Widok z naszego tarasu w Araceli

Wybraliśmy się więc najpierw do Roxas, by stamtąd złapać kolejnego dnia rano łódź do Dumaran Poblacion. Oczywiście okazało się, że łódź pływa co drugi dzień więc możemy albo zaczekać albo popłynąć prosto do Araceli. O 8 następnego dnia więc siedzieliśmy już na typowej filipińskiej łodzi – bangkce* wzbudzając zainteresowanie lokalnych. Łódź zatrzymała się po drodze dwa razy na przesiadki – podpływały i podczepiały się pod nas malutkie łodzie zabierające ludzi na brzeg wraz z ich walizkami, torbami i kurczakami. 4.5h i dwie drzemki później byliśmy w Araceli…

Araceli

20171203_162100

20171203_161842
80kg lodu

20171205_102315

Miejscowość, której wielkiego uroku dodawały rozwieszone wszędzie kolorowe mini flagi nad ulicami. Wieś akurat była podczas fiesty – czyli obchodzenia dnia założenia wsi przez kilka tygodni. Oznacza to, że regularnie co 3-4 dni mają dyskotekę, odbywają się mecze ligowe w kosza i siatę a wokół boiska do kosza jest jeden wielki festyn. Generalnie super okazja do poimprezowania, spotkania się z przyjaciółmi z sąsiednich wiosek, które jeszcze kilkanaście lat temu potrafiły się nienawidzić – teraz odwiedzają się przy takich okazjach. Wynajęliśmy nocleg przy plaży – jeden z trzech w ogóle dostępnych we wsi.

20171204_153051
Miejscowa Żabka

I tak spędziliśmy całe popołudnie kąpiąc się i ciesząc się wiatrem na balkonie. Trafiliśmy na pełnię księżyca, więc poziom wody i fale były dość wysokie ale wiatr był super przyjemny. Ogromnym plusem też jest brak komarów i jakichkolwiek robali. Nie wiem jak to możliwe, ale przez te kilka dni w Araceli nie ugryzło mnie nic co jest miłą odmianą. Następnego dnia postanowiliśmy znaleźć w tej jakże nieturystycznej miejscowości kogoś kto by nam wynajął swoją hondę na dzień. 300 peso, żadnych dokumentów, nawet imienia i mieliśmy skuter w pierwszym, lepszym sklepie. I w drogę.

IMG_20171205_141357

Ponieważ wyspa generalnie jest jeszcze dość dziewicza, to i drogi boczne słabo przejezdne. Mimo, że raz już się męczyliśmy na takim motorze (najgorszy dzień tej podróży i ile mieliśmy szczęścia w nieszczęściu…) to mimo tego i teraz podjęliśmy próbę przejechania błota i górek by dotrzeć do plaży na końcu drogi. I tak przejechaliśmy przez kilka wioseczek, kilka farm kokosów i obok cmentarza.

20171207_115658

20171205_114543
Więzienie w wiosce

20171205_114536
Im dalej tym oprócz już wcześniej spotkanego zaskoczenia na nasz widok, tym widzieliśmy coraz więcej opadniętych szczęk… Im dalej, tym mniej ‚hello’ i machania do nas na przywitanie. Dalej i dalej i ludzie przestali nawet się uśmiechać. Co sprawiło, że i my byliśmy w szoku… I tak dotarliśmy do końca drogi, do małej uroczej wioski rybackiej. I nie wiem kto był bardziej zdziwiony – jej mieszkańcy czy my. Każdy przystawał jak nas widział, nikt się z nami nie witał a na nasze ‚hello’ odwracali głowy! Jedynie nastolatki i dzieci były bardziej otwarte – dziewczyny się uśmiechnęły nieśmiało, dzieci pomachały ale tylko i wyłącznie z odległości. Nie było mowy o przybiciu piątki. Mieliśmy ze sobą kilka cukierków – żadne dziecko nie podeszło nawet po to. Maćkowi udało się je rozdać przez rzucanie ich do nich… przejechaliśmy wioskę w poszukiwaniu sklepu by kupić wodę i to w tym sklepie dowiedzieliśmy się, że jesteśmy drugimi ‚białymi’, którzy zawitali do wioski… przed nami był tylko Greg, o którym za chwilę… Szybko z wioski się zmyliśmy, by nie przeszkadzać za bardzo i spędziliśmy popołudnie na festynie ku zdziwieniu miejscowych, późne popołudnie zaskoczyło nas przepięknym wschodem księżyca! Po raz pierwszy widzieliśmy wschód nad wodą i to tak spektakularny. Następnego dnia popłynęliśmy z Gregiem i jego przyjaciółmi na wyspę obok by poodkrywać koral wokół.

IMG_20171206_153425

IMG_20171206_153421
Połów podczas wycieczki z Gregiem
IMG_20171205_102806
Ogłoszenie o dyskotece 🙂 

IMG_20171205_102818

IMG_20171204_173727
Kolacja 🙂

Było pięknie, choć przez duże fale i wiatr było też trochę niepokojąco. Wieczór spędziliśmy z Gregiem na miejskiej dyskotece (muzyka totalnie nieakceptowalna dla naszych uszu), który dzięki swym opowieściom przenosił nas w zupełnie inny świat. Świat Filipin, którego nie znaliśmy… to trochę tak jakby słuchać historii lokalnego mieszkańca z ‚naszą’ perspektywą…

_DSC6572

Greg

IMG_20171206_144440
Poznajcie Grega. Greg to 44-letni Kanadyjczyk, który mieszkał już w swoim życiu kilka lat na Hawajach, w Australii i w Japonii by wreszcie 8 lat temu trafić na Filipiny. Greg szukał miejsca, gdzie mógłby połowić ryby. Najpierw trafił do Port Barton, gdzie w miejscowym barze polecili mu by wybrał się do Araceli. Jest on pierwszym białym, który spędził w Araceli ponad tydzień od czasów drugiej wojny światowej. I od 8 lat spędza tam prawie każdą kanadyjską zimę. Za pierwszym razem kiedy przypłynął, łódź na której był mało nie zatonęła przez złe warunki pogodowe a kiedy po 8h przepłynął już trasę, która zwykle zabiera 4h nikt nie chciał z nim rozmawiać. Nikt nie chciał go podwieźć, nakarmić ani dać miejsce do spania. Wreszcie znalazł pokój na końcu wioski – niedaleko od plaży na której my się zatrzymaliśmy. I tam został kilka miesięcy.

20171205_171842
Ekipa z wioski pod oknem naszego domku, kiedy dowiedzieli się, że turyści są w wiosce! 🙂
IMG_20171204_162515
Plaża przy domku
IMG_20171204_162534
Chill out

Ponieważ nikt nie chciał go podwozić do centrum (6km) Greg łapał przeolbrzymie ryby i nosił się je do wioski by je sprzedawać lokalnym ciągnąc je za sobą całą drogę. Przez kilka miesięcy jadał tylko w jednym miejscu, gdzie do wyboru były tylko dwa dania. Ponieważ łowienie ryb to zajęcie najniższej klasy na Filipinach, nikt nie chciał mu uwierzyć, że przyjechał tylko po to. Dlatego też do dziś wierzą, że Greg jest w Araceli by znaleźć któryś z trzech skarbów ukrytych przez Japończyków i Hiszpanów w okolicy. Nie mogą też zrozumieć dlaczego Greg wraca do nich co rok. Do miejscowości, z której każdy chciałby się wyrwać, najchętniej do Ameryki lub Kanady. Wierzą więc, że Greg jest przeklęty przez lokalną kobietę. Dlatego też powinien uważać na kobiety, które mają naszyjniki. Któraś z nich jak widzi Grega pociera naszyjnik zaklinając jego los i wierząc, że Greg będzie jej mężem następnym razem jak wróci. Wygląda na to, że to działa, bo Greg już kilka razy obiecywał sobie, że tam nie wróci a jednak… Nie wróci do miejsca, gdzie ludzie potrafią zabić swojego brata lub ojca jak się pokłócą. Były lata kiedy co dyskotekę ginęła jedna osoba od dźgnięcia nożem. Gdzie ludzie są tak biedni, że ich dzieci nie mają szczoteczki do zębów czy nie chodzą do szkół bo rodzice nie mają na mundurek, ale mają na rum i piwo. A jednak od 8 lat tam mieszka co roku wynajmując inne miejsce, nowe łóżko i nowy materac. Nie ma tam domu ani żony. Wraca tylko dla ryb.

20171207_10384020171207_102830

Łowi je kuszą, którą sam zbudował i w której, według lokalnych jest ukryty wykrywacz metalu do znalezienia skarbu. Z resztą robi teraz kusze również dla lokalnych a nawet na zamówienia do Kanady, ponieważ wykorzystuje najlepsze rodzaje drzewa jakie może dostać. A łatwo mu je kupić, bo Filipińczycy wierzą, że jedynym dobrym i nieprzeklętym drewnem jest Nara – rodzaj drzewa coś jak sosna, która już teraz jest zagrożonym gatunkiem i można je kupić tylko nielegalnie. A mimo wszystko Filipińczycy nie wprowadzą do domu mebla z innego drzewa. Przynajmniej na wyspie Dumaran…
Na wyspie Dumaran są dwie miejscowości – Araceli i oddalone o 26km Dumaran Poblacion. I to co tak dziwi Grega to to, że większość ludzi z Araceli nigdy nie była nawet w Poblacion, ani Ci z Poblacion nie odwiedzili Araceli. Nie chodzi tu już nawet o kasę, oni po prostu nie czują takiej potrzeby by odkrywać inne miasto. Mało tego, obok Araceli jest wyspa, do której można dojść na piechotę przy niskim poziomie wody. Podobno piękna plaża i dżungla. Większość z nich nawet tam nie doszła. Bo po co? Kiedy więc pytamy Grega za co lubi Filipińczyków by oderwać go na chwilę od negatywnych przygód jakie go tam spotkały, odpowiada niestety, że ich nie lubi! My, w Port Barton, uśmiechamy się więcej niż nigdy, właśnie dzięki mieszkańcom naszej wioski. Staramy się od nich uczyć luzu i i nie spoglądania na zegarek. Jednak dopiero tam dostrzegliśmy jak mieszkańcy Port Barton są bardziej rozwinięci. I nie chcemy tu nikogo obrazić – mieszkańcy wyspy Dumaran po prostu nigdy niczego nie widzieli oprócz swojej miejscowości i tego co zobaczyli w Tv. Większość z nich nie może sobie pozwolić na podróż łodzią do Roxas za 28zł w jedną stronę. A nawet jeśli mogą to nie odczuwają takiej potrzeby.

IMG_20171207_115702IMG_20171207_130749IMG_20171205_131259

Dlatego Greg nie ma zbyt wielu przyjaciół, bo ludzie tam są jednak wciąż bardzo ‚prymitywni’ jak ich sam określił. Teraz po 8 latach mieszkańcy nazywają go adoptowanym synem Araceli i przyzwyczaili się, że wraca. Ochroniarz burmistrza gotuje dla niego codziennie śniadanie i kolację. Kradnie dla niego najlepsze mięso z miejscowych imprez, potrafi załatwić najlepsze drzewo i rogi bawoła. Rogi bawoła, ponieważ drugą pasją Grega jest rzeźbienie. Dlatego robi kusze i naszyjniki z rogów bawoła albo z kamieni. Te z kamieni szczególnie dziwią miejscowe kobiety, kiedy stara się im je sprzedać lub wręczyć. Dla nas coś tak pięknego, dla nich jest po prostu jednym z otaczających ich kamieni. Trzecią, równie wielką jak łowienie ryb jakkolwiek narazie zaniechaną pasją Grega jest kajakarstwo. Greg ma kajak z żaglem, którym może sterować za pomocą lin. Kajak sprowadził z Manili do Iloilo, gdzie łodzią miał być przetransportowany do Puerto Princessa. Tą samą łodzią, którą płynęliśmy my (56 godzin przeprawy łodzią…). Jednak łódź utknęła na wyspie Cuyo pośrodku morza Sulu.

IMG_20171207_154927

A ponieważ Greg też był na łodzi i nie chciał na Cuyo zostawać postanowił, że po prostu wsiądzie na kajak i dopłynie do Dumaran sam! I dopłynął! Stracił po drodze cały zapas jedzenia i wody, i przewrócił się 4 razy ale dopłynął. Oczywiście nikt mu w to nie wierzy. Opłynął on też tym samym kajakiem Palawan i kilka wysp wokół. Popłynął na niedaleką wyspę Calandagan i utknął tam na kilka dni ze względu za zbyt wysokie fale. Pił deszczówkę, którą zebrał w kajaku, jadł surową rybę i spał w jaskini. Po 2 dniach jednak jego przyjaciel przypomniał sobie, że Greg tam wypłynął i jeszcze nie wrócił więc wezwał straż przybrzeżną by mu pomogła. Ale ponieważ w tych czasach straż przybrzeżna nie miała swojej łodzi musiała najpierw poprosić o zgodę i budżet z Manili na wypożyczenie łodzi od rybaka. Wypłynęli więc po niego dopiero kolejnego dnia. Wszyscy, którzy go uratowali zostali awansowani a Greg stał się miejscowym bohaterem. Do tego stopnia, że następnego ranka pod jego oknami zebrała się cała wieś aby go zobaczyć a jego kajak został powieszony w miejscowym barze na znak tej wspaniałej akcji. Od tamtej pory Greg porzucił kajakarstwo… nim jednak to zrobił chciał wybrać się na wyspę na północ od Cuyo – Agutaya. I mimo, że jest odważnym choć jak dla mnie trochę szalonym gościem to się wstrzymał. A wstrzymał się dlatego, że ludzie na tej wyspie do dziś dzień nie lubią obcych – nie tylko turystów ale i lokalnych. Dlatego jak ktoś do nich przypływa to częstują ich drinkiem na przywitanie, którym trują przyjezdnych. I robią to dla zabawy! A zabawa polega na tym, że kiedy osoba, która wypiła napój zaczyna się źle czuć mówią mu, że została otruta i czerpią radość z tego jak ludzie są w stanie zapłacić każde pieniądze za jajko, które podobno ma odtrutkę. Kupują więc jajko licząc, że uratują swoje życie, miejscowi się śmieją, że ktoś wierzy, że jajko miałoby im pomóc. Przyjezdny umiera, bo trucizną jest tak naprawdę skruszone na pył szkło dodane do napoju, które rozcina im wnętrze a miejscowi rabują wszystko co przyjezdni mieli przy sobie. Mówimy tu o wyspie, która jest na północ od Cuyo (na której nawet my byliśmy), która jest stosunkowo niedaleko od Palawanu, gdzie mieszkamy my i gdzie przewija się tylu turystów totalnie nieświadomych jak i my co dzieje się na sąsiednich wyspach. Ludzie tak bardzo boją się tam pływać, że już kilkakrotnie dostarczano im ryż helikopterem by nie umarli z głodu…Ale nie tylko za to Greg nie lubi Filipińczyków… my patrzymy na nich jako ludzi, którzy starają się uśmiechać nawet jak jest źle i podchodzić lekko do życia. Greg widzi w nich ludzi, którzy obojętnie jak bardzo pogorszą się ich warunki życia, nic z tym nie robią. Nawet jeśli mogą sobie na to pozwolić finansowo. Ale ich to po prostu nie rusza – to czy w domu śpi ich dwójka, czwórka a z czasem dziesiątka a dzieci sikają na podłogę bo nic w tym złego (bambus, więc wsiąknie i nawet mocno nie śmierdzi) nie motywuje ich do powiększenia domu albo zorganizowanie chociaż jego przestrzeni. Filipińczycy tam żyją tu i teraz i niekoniecznie odnajdują potrzebę w zerkanie w przyszłość lub zapewnienie sobie jej lepszej.

20171207_13301720171207_115658

To zupełnie inne podejście do życia niż nasze, niekoniecznie lepsze czy gorsze, ale inne. Mam jednak wrażenie, że Greg też już trochę takie myślenie przyjął. Nie wie czy wróci za rok, nie wie co będzie jutro i mimo, że nawet nie do końca mu te warunki odpowiadają albo jeden z jego przyjaciół zabił drugiego bo pokłócili się o ziemię to wciąż wraca… a wraca dlatego, że w Kanadzie swoje życie określił jako ‚płaskie’ i bardzo przewidywalne – gdzie jak jest dobrze, to jest dobrze, jak jest źle to jest źle. Kiedy na Filipinach czuje, że każdego dnia może spotkać go coś innego, zaskakiwany jest tam często różnymi rzeczami i kiedy jest dobrze to jest po prostu wspaniale a kiedy jest źle to już gorzej być nie mogło. Ale porównuje życie na Filipinach do lini bicia serca na monitorze. W Kanadzie jest prosta jakby nie żył, a dopiero na Filipinach czuje, że linia przybiera rytm bicia serca. Po usłyszeniu tych i wielu, często bardzo negatywnych i zaskakujących historii, okazuje się, że poza moją wyobraźnią jest zrozumienie, że można mieszkać w takim miejscu wśród ludzi, którzy są tak inni od Grega tylko po to by łowić ryby i jestem po stronie miejscowych – on jest tam dla skarbu! 🙂 Tym bardziej, że kilka lat temu naprawdę znaleziono tam skarb z kilkoma sztabkami złota!

IMG_20171206_144432
Bangka – typowa filipińska łódź

Jakkolwiek Greg bardzo powątpiewał w historię Francuza o pięknych koralach. On nigdy aż o tak niesamowitych nie słyszał ani nie znał żadnej z miejscówek, której my szukaliśmy. A szukaliśmy miejscówek wymienionych na jednym z nielicznych filmików o Dumaran na youtube. Jeden z tych filmików stworzony został przez Cuyo Jam (Wujka Jam), który postanowił opowiedzieć światu o rafie koralowej w Dumaran i sprawić by więcej turystów przypływało na wyspę. Nie mogliśmy go jednak na wyspie Dumaran odnaleźć. A przynajmniej nie było go w Araceli, dlatego po spędzaniu przemiłego czasu z Gregiem, postanowiliśmy jechać dalej. Jednak nikt nie chciał nas tam zawieźć, bo mało kto tam był. Jak zapytaliśmy jednego z młodszych kierowców z nadzieją, że może kiedyś był tam choćby na imprezie minę miał jakbyśmy poprosili go żeby nas zawiózł na księżyc i jeszcze miałby wracać sam! 😀 Dlatego skoćzyło się na tym, że rano po śniadaniu (ryż,dwa sadzone i wołowina z puszki były grane przez trzy dni) ruszyliśmy z Gregiem i jego przyjacielem na ich motorach. Trasę 26km pokonaliśmy w jakąś godzinę podziwiając wyspę zarośniętą dżunglą.

20171207_08292520171207_085739_DSC6560

Droga akurat nie była problemem, bo od dwóch lat ja wyrównują, bo dokładnie po środku drogi (13km od Araceli i 13km od Dumaran Poblacion) budują szpital. Żeby było fair wobec obu miejscowości! 😀 Liczyliśmy więc, że Cuyo Jam mieszka w Poblacion i stamtąd już napewno popłyniemy na rafę! Przyjeżdżamy do Poblacion a to wiocha jakich mało. Szaro, brudno i do domu daleko. W Araceli jeszcze widują turystów – średnio jedną parę na miesiąc, bo plaża na której spaliśmy jest dobrym miejscem na kite surfing. Ale w Poblacion nie ma nawet miejsca gdzie spać a o Cuyo Jam nikt nie słyszał… złapaliśmy więc od razu łódź do Santa Teresita – małej wioseczki już na lądzie Palawanu ciepło żegnając się z Gregiem i zapraszając go do ‚naszego’, bardziej cywilizowanego Port Barton. Jak już zebrało się 10 pasażerów aby łódź mogła ruszyć trochę z sercem na ramieniu, po wszystkich historiach Grega jak to ludzie topią się w okolicy regularnie bo albo łodzie są zbudowane ze złych materiałów albo je po prostu przeładowują popłynęliśmy szukać Cuyo Jam. Trzy tygodnie temu utonęło 17 osób, bo łódź była przeładowana i nie dała rady na falach… ale my dopłynęliśmy szczęśliwie 🙂
20171207_10024420171207_155227IMG_20171205_141427

20171207_104340
Nie do końca wierzyliśmy, że go tam znajdziemy bo w swoim filmie Cuyo Jam wyraźnie poleca Dumaran Island jako miejsce na wycieczkę, wyspę z której własnie wróciliśmy. Okazało się, że Dumaran to także nazwa regionu na Palawanie, gdzie leży Santa Teresita i obok której mieszka znany w całej wiosce Jam. I tak po krótkiej rozmowie, okazało się, że Jam stworzył jakąś organizację zrzeszającą ratowników i kapitanów łodzi aby ich szkolić jak robić wycieczki po okolicy, wyszkolić z pierwszej pomocy i jak żyć inaczej, niekoniecznie wysadzając koral dynamitami. W Santa Teresita jest więc kilku takich przewodników, którzy mogliby nas zabrać na island hopping po okolicy. I tak jak na początku byliśmy pod wrażeniem Cuyo Jam – że chce promować okolice, że chce zmieniać życie innych, chronić koral to z czasem jednak zaczął działać nam trochę na nerwy.

IMG_20171208_085732

_DSC6581

_DSC6604
Las namorzynowy 

_DSC6608

Widać, że turyści głównie trafiają do niego, więc inni z wioski raczej na turystach zarobić nie mają szans – mimo, że ceny mają pewnie dużo niższe. Jam zabrał nas najpierw do swojego eko resortu, który wybudował na wzgórzu – zamiast na zwiedzanie korali po czym zabrał nas na mała wyspę by przygotować lunch… na wyspie mieszkało ok 40 osób, całe gospodarstwa ze świniami, kurczakami i oczywiście boiskiem do kosza 🙂

i tu Cuyo zaskoczył nas przy całej swojej świadomości – przyznał, że kazał miejscowym zabić wszystkie świnie kiedy przyjdzie na nie czas i nie przywozić nowych, bo to nie najlepszy widok dla turystów! Bo smród, bo błoto, bo może turyści się będą bać!

Staraliśmy się go przekonać, żeby nie odbierał tym ludziom mięsa a jeśli chce coś zrobić dla turystów to niech ich poprosi aby wyczyścili trochę plaże np ze szkła, które było tam wszechobecne… Jakkolwiek, wycieczka miła choć koral nie był tak zachwycający jak się tego spodziewaliśmy choć na pewno był żywy i zróżnicowany na co miło było popatrzeć.
Jedynym miejscem w Santa Teresita gdzie jest Internet jest koniec kładki w porcie. Jest to też miejsce spotkać miejscowej młodzieży – około 30 chłopakom, bo dziewczynom nie wolno się tak szalajać 🙂 i tak spędziliśmy wieczór opowiadając o Europie, naszych przygodach i innych miejscach na Filipinach… a potem przenieśliśmy się na taras naszego noclegu, z którego mieliśmy „zaszczyt” oglądać Świąteczne spotkanie pielęgniarek z okolicy. Najpierw pielęgniarki z każdej z gmin wychodziły na scenę i… tańczyły wcześniej wyćwiczoną choreografię a potem były występy solo w śpiewaniu! Nie pospaliśmy za dużo 😉

IMG_20171207_201944
Agata poprosiła o lekki retusz 😀

IMG_20171208_205109
Rano złapaliśmy bus do Roxas o 5 rano i po kilku godzinach pięknych widoków dojechaliśmy na skrzyżowanie, z którego mamy 22km do Port Barton. Po chwili złapaliśmy stopa – ulubionego bo na pace Toyoty Hilux i wróciliśmy do domu… ponownie przeżywając zupełnie coś innego niż się spodziewaliśmy 🙂

IMG_20171209_095007
Wolność…

IMG_20171209_094442

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Wyspa Dumaran – tak blisko a tak daleko od nas…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s